Forum www.simowehistorie.fora.pl Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

Urocze życie uczniów

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.simowehistorie.fora.pl Strona Główna -> Historie / Fotostory
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Caeruleum
SimKreator
SimKreator


Dołączył: 27 Kwi 2011
Posty: 49
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Japonia/Namimori
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Czw 21:06, 14 Lip 2011    Temat postu: Urocze życie uczniów

//Rozdział I

Jestem osobą, która nie wie jak to jest mieszkać w jednym domu przez przynajmniej dwa lata. W ciągu dwóch lat i ostatniego roku przeprowadziłam się z moją matką i rodzeństwem sześć razy. Nasze życie nie wygląda kolorowo.
Moja rodzina tak jak ja sama ma tego dość, ale nic innego nie możemy zrobić. Meadow Glen to kolejna miastowa ofiara naszych odwiedzin. Mhm, przepraszam, że się nie przedstawiłam..już to robię. Nazywam się Scarlett Reeves. Mam 16,5 lat i idę właśnie do liceum. Zaczyna się dla mnie kolejna przygoda - nowa szkoła, nowe miejsce, nowy dom. Mieszkam z matką, mój ojciec zostawił mamę niecałe 3 lata temu. Nie mam wątpliwości, aby nazwać go dupkiem - mam trójkę rodzeństwa, 17-letniego brata Bradleya, siostrę Astrid i 3-letnią siostrzyczkę Noah. Do tego ojciec nie płaci alimentów za najstarszego brata, bo w jego kraju osoba w tym wieku jest już dorosła. Dodatkowo jako, że nabył sobie tam obywatelstwo nie musi przejmować się zasadami z innego kraju. Dostajemy więc pieniądze za nas troje. Jednak nawet jeśli je dostajemy za mnie, Astrid i Noah oddaję je mamie, a z bratem pracujemy na siebie w pracach dorywczych. W każdych miasteczkach, w których byliśmy szukaliśmy krótko etatowej roboty. Moja mam Kath zawsze zaczepia się w jakiś restauracjach. Nasz nowy dom wygląda wyjątkowo skromnie. Średniej wielkości okryty cegłami dom można spotkać w każdej dzielnicy bądź osiedlu Meadow Glen. Na górze jest tylko jeden malutki pokój, który należy właśnie do mnie. Muszę się w nim cisnąć, ale cóż, lepszych warunków nie mam, w łazience spać nie będę, choć jest ona większa od mojego pokoju.



Moja uroda jest dziwna, nie sugeruję, że jestem brzydka, no dobra, do osób, które mają o sobie zdanie bardzo dobre nie jestem. Najbardziej odrzucają mnie moje piegi. Są nieatrakcyjne, a do tego mało spotykane u blondynek. Tak, jestem blondynką i mam piegi! W dzieciństwie zażartowałam, że urodziłam się rudą brzydulą z piegami i rodzice mnie przefarbowali, żebym nie straszyła rówieśników.
Moja sylwetka jest szczupła, z daleka wyglądam trochę jak facet. Zauważyłam to dopiero w czasie dojrzewania i myślę, że to może odrzucić sporą ilość facetów. Już sama widzę, że nie zaznam popularności i zachwytu u innych uczennic i uczniów w szkole. Będę tą prymuską stojącą sama w kącie i dręczoną przez superpopularne.
Na zdjęciu ja z bratem. Jesteśmy ze sobą tak zżyci i tak podobni, że często tańczymy tango albo jakieś inne bzdurne tańce.


(coś piegów nie widać, nie ważne)

Mój starszy brat Bradley jest mega przystojny. To oczywiście moje zdanie, ale takim chłopakiem jak on bym nie pogardziła. Pech chciał, że jesteśmy rodzeństwem i nie możemy być razem, a myślę, że byłaby z nas niezła parka. Jego charakter i osobowość też jest idealna. To on zainspirował mnie do posłuchania choć jednej piosenki w stylu rocka, a później przerodziło mi się to w miłość do tej muzyki. Obecnie Bradley jest załamany, z powodu kolejnej naszej wyprowadzki, stracił ważne dla niego osoby, dziewczynę Ninę i najlepszego kumpla Pittera.
Pocieszam go, że jest internet i, że mógłby się z nimi kontaktować, ale on tylko coś mruczy pod nosem i znów się kładzie do wyra i kontynuuje swoją dietę w akcie protestu i zażalenia. Oczywiste jest, że mój brat mniej rozumie naszą matkę niż ja, ale w końcu to facet.



Moje dwie młodsze siostry - Astrid i Noah to wcielone zła. Myślę, że mają to po ojcu, chociaż nie są życiowymi dupkami. Wnioskuję to po ich kreatywności i ambicji, Noah już w tym wieku (3 lata) potrafi powiedzieć więcej mądrych epitetów i stwierdzeń niż mój ojciec, który potrafi tylko przeczytać coś z kodeksu zwiniętego z ratuszu w swoim mieście. Tragedia. Jeżeli chodzi o Astrid, uwielbiam ją, ale i nie znoszę. Każdy ma swoje odchyły to także i ona. Jej wadą jest straszna nadopiekuńczość, nie żartuję, strasznie się o nas martwi, a jak jesteśmy zmęczeni potrafi nam coś ugotować i nam służyć. Moim zdaniem to wada, bo choć jej powiem, aby tego nie robiła, bo sobie sama poradzę, wciąż tak robi. No, jest także nieposłuszna. Noah to nasz taki mały skarb. Naprawdę potrafi podnieść na duchu po ciężkim dniu. Jest jak papuga, która mówi. Gdy masz gości boisz się z nimi ją trzymać, żeby nie powiedziała czegoś nieodpowiedniego.



Jeżeli chodzi o mnie - jestem najzwyklejszą dziewczyną jaka może istnieć na ziemi. Nie ma we mnie nic nadzwyczajnego. W ostatnich latach swojej nauki miałam dobre oceny, byłam grzeczna i posłuszna rodzicom, choć nie wypieram się, że czasami potrafiłam powiedzieć coś niemiłego ojcu. Matka nauczyła mnie wiele mądrych przysłów i powiedzeń przez te trzy lata. Nasze wzloty i upadki nauczyły mnie jak trzeba mieć dużo siły, żeby przeprowadzić przez 6 domów i mieszkań trójkę dzieci i jeszcze istnieć. Na brak przyjaciół nigdy nie narzekałam, ale w końcu to gimnazjum, tam zawsze znajdzie się taki sam wariat jak Ty. W odróżnieniu do wszystkich moich przyszłych znajomych lub może nawet koleżanek i wrogów nie mam żadnych głębszych uczuć do techniki w naszym XXI wieku czyli do komputera. Rzadko przy nim siadam i bawię się ikonkami, bo szczerze, nic innego nie potrafię na nim zrobić, chyba, że mistrzowska gra w pasjansa się zalicza. Czasem pogrywam też w Sapera, ale charakter tej gry mógłby doprowadzić mnie do szału i doszczętnego zniszczenia klawiatury czy monitora lub nawet zamachu na swoje zdrowie. Dziadek zawsze powtarzał mi, że "własny pokój czy room czy jak to tam dzisiaj nazywa młodzież swoje schronienie, miejsce do głośnego krzyczenia z radości czy żałosnego ryczenia z rozpaczy, świadczy o jego właścicielu" Mój pokój wygląda skromnie i jest tam wielki porządek, ale to pewnie dlatego, że imprezy by się tam nie zmieściły, ani nawet opakowanie po zepsutej pizzy. Ciężko tam przejść do szafki z książkami czy ubraniami, ale myślę, że taka skromna i podporządkowana po prostu jestem.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Caeruleum dnia Czw 22:23, 16 Sie 2012, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
XxTysiakxX



Dołączył: 23 Maj 2011
Posty: 3
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Warmia
Płeć: Dziewczyna

PostWysłany: Pią 15:57, 29 Lip 2011    Temat postu:

Suuper . : )
Czekam na kolejną część


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Caddy
Administratorka
Administratorka


Dołączył: 03 Kwi 2010
Posty: 4108
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Zachodniopomorskie
Płeć: Dziewczyna

PostWysłany: Sob 14:47, 30 Lip 2011    Temat postu:

Cytat:
Meadow Glen to kolejna miastowa ofiara naszych odwiedzin.

Boże, jeszcze wczoraj gdy to czytałam, zrozumiałam "Meadow Glen to kolejna ofiara molestowania" i zastanawiałam się kto molestuje w tej rodzinie... Na szczęście dziś przeczytałam ten kawałek drugi raz.

Historia mi się spodobała - piszesz w przyjemny sposób, ciekawy, nie nudzisz. Mogę się nawet pokusić na odrobinę nie na miejscu stwierdzenie, że było "czytelnie" - ale to tylko i wyłącznie w metaforyczny sposób. Wink Zdjęcia, choć mało, również były fajne, rodzinne. Domek wygląda świetnie - nie ma w nim przesadzonych elementów, jest taki przytulny... Brat jest świetnym gościem z tego co o nim napisałaś, polubiłam go. Wygląd też ma niezły - kogoś mi przypomina, ale nie mogę przypomnieć sobie kogo... Zdziwiło mnie tylko, że Scarlett ma 16,5 lat, a jej brat 17 - to by znaczyło, że muszą mieć inną matkę. Porównanie najmłodszej siostrzyczki do papugi było jednocześnie zabawne i urocze. Very Happy Ale z kolei mówienie o sobie "jestem najzwyklejsza" nie przypadło mi do gustu, bo to trochę tak jakby nie mieć własnej osobowości. A przecież każdy ma oryginalne, ciekawe wnętrze. Plus, coś mi się wydaje, że ta mentalność grzecznej dziewczynki już niedługo ulegnie zmianie. Wink Czekam z niecierpliwością na kolejną część. Smile


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Caeruleum
SimKreator
SimKreator


Dołączył: 27 Kwi 2011
Posty: 49
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Japonia/Namimori
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Czw 19:09, 04 Sie 2011    Temat postu:

Kiryu dzięki za tak długi komentarz. No może nie jest jakiś obszerny, ale takich właśnie potrzebuje, a nie często takie dostaje. Dobre i pomocne są takie opinie ludzi, którzy sami piszą..no dobra, nie będę przedłużać, przejdę do tego co mam do powiedzenia. No więc jeszcze raz dzięki ;)

Z tym wiekiem Scarlett trochę przesadziłam. Bo ogólnie miałam z niej zrobić taką osobę, która zawsze próbuje wszystko ulepszyć, żeby wywrzeć lepsze wrażenie czyli tak naprawdę Scarlett ma 16 lat, a nie 16,5 czyli urodzenie jej jest prawdopodobne :P No i z drugiej strony bohaterka ma trochę o sobie zdanie właśnie słabe i jej samoocena jest strasznie niska. Stąd właśnie ten fragment "najzwyklejsza". Trafienie z mentalnością grzecznej dziewczynki jest trafne, ale nie będę niczego zdradzać.

Wstawiam kolejny rozdział, mam nadzieję, że się spodoba jak pierwszy.

______________________________________


//Rozdział II

- Bradley, Scarlett, Astrid! Wstawajcie, no już, dzieciaki! - krzyczała mama z kuchni mając nadzieję, że już się przebudziliśmy.
Zapach gorących, malinowych naleśników dotarł do mnie do sypialni na poddaszu, jednak nawet on nie potrafił zaciągnąć mnie z łóżka.
Kto by pomyślał, że uda mi się tak głęboko zasnąć w tak małym pomieszczeniu jakim jest mój pokój. Czułam, że się wyspałam i to mnie niezmiernie cieszyło. Potrzebuję dużo siły, bo czeka mnie pierwszy dzień w liceum. Oczywiście najchętniej zostałabym jeszcze w domu i mogłabym to zrobić, ponieważ moja mama z powodu mojego bólu głowy nie kazałaby mi iść do szkoły, ale wolę tam iść czym prędzej i przeżyć ten pierwszy dzień.



Choć planowałam wstać nie ruszyłam się jeszcze. W końcu w akcie niezrozumienia przyczyny mojego lenistwa wparował do mnie Bradley odkrywając mi kołdrę i zrzucając mnie z łóżka.
- Łał. Pierwszy raz zrzuciłem Cię z wyra - stwierdził podekscytowany.
- Możesz się z siebie cieszyć - syknęłam prostując kręgosłup.
- Zły humor ma moja mała dziewczynka? - zapytał robiąc typowo opiekuńcze oczka.
- Ej, ej..jaka mała? Ty masz siedemnastkę, a ja szesnastkę, mała różnica.
- Ale jednak mniejsza - stwierdził - chcesz jabłko? - dodał.
Nie interesując się jego jabłkiem, a raczej zmieszana zaistniałym faktem, do tego załączonym na obrazku, a raczej ramieniu Bradley'a zapytałam:
- Co to jest? Od kiedy masz ten tatuaż na ramieniu?
- Cii.. - szepnął. - Mama nie może się o nim dowiedzieć.
- Dlaczego?
- Bo to taki wiesz..na zawsze, nienamalowany.
- Zrobiłeś sobie dziarę na zawsze?! - krzyknęłam zapominając o prośbie brata.
Ten zażenowany tą sytuacją i zdenerwowany moją obojętnością co do jego próśb, wziął największą poduszkę jaką miał pod ręką i przyłożył mi nią prosto w czaszkę.
- Zwariowałeś! - krzyknęłam rzucając się na niego.
I tak zaczęła się nasza poranna bitwa, która skończyła się tym, że spóźniliśmy się do szkoły.



- Wstyd, po prostu wstyd, same problemy z wami, zero współpracy - furknęła mama pod nosem odpalając silnik naszej ledwo zipiejącej hondy.
- Bez paniki, na zdążenie na czas do szkoły zostało nam dokładnie 56 sekund - rzucił Bradley.
- O kurna! Ale jaja! - zawołałam.
- Co się stało? - zapytała mama próbując popatrzyć się w moją stronę, ale bez skutku, ponieważ jakiś pijany podpadziocha pchał jej się na drogę. - Z jezdni! - syknęła.
- Zawracaj! Szkoła jest tuż pod naszym domem! - krzyknęłam.
- Co Ty gadasz Scarlett, masz zwidzenia - stwierdził Bradley nawet nie patrząc się w stronę, w którą pokazywałam.
- Może byś popatrzył książę i się później odezwał. - zażartowałam.
- O kurna! Ale jaja! - krzyknął Bradley. - Faktycznie, zawracaj! - dodał po chwili.
- Co za obiboki z was dwa! Nie do wiary po prostu! - rzuciła mama.



Liceum było małe jak na tak duże miasteczko. Na pierwszy rzut oka mi się spodobało. Zadbane podwórko sprawiało, że w tym środowisku samopoczucie było o wiele lepsze. Dużo drzew i kwiatów, uwielbiam takie klimaty. Już po chwilowym obejrzeniu szkoły wiedziałam gdzie będę spędzać większość przerw. Wokół szkoły kręciło się jeszcze trochę spóźnionych uczniów, niektórzy jeszcze z browarem w ręku gawędzili na temat nowych newsów w mieście, niektórzy przejęci pośpiesznie gnali w stronę szkoły. Jedna z uczennic prawie zgubiła plecak, ale jej o tym powiedziałam więc go zarzuciła znów na plecy i serdecznie się do mnie uśmiechnęła.



- Czarno to widzę - stwierdził Bradley.
- E tam.. - zarzuciłam - Na pewno nie będzie tak źle.
- Zależy dla kogo. Dziewczyny zawsze znajdą jakieś wariatki do swojego towarzystwa, plastiki czy metale czy jakieś drewna.
- Drewna? - zapytałam. O tym rodzaju dziewcząt nie słyszałam - dodałam po chwili zamyślenia.
- To te co nie są ani plastikami, ani metalami i walczą: drewna ft. metale vs. plastiki, kumasz?
- To coś jak ja? - zapytałam. - Skąd Ty w ogóle masz takie wiadomości?
- Z tego filmu sobie wywnioskowałem..wredne dziewczyny chyba. - zamyślił się i dodał - Tak, z "wrednych dziewczyn".
- Ty takie badziewia oglądasz?
- Nie..znaczy się..w ogóle zmieńmy temat, a poza tym wiesz, że jest lekcja, a my tu stoimy i gadamy o filmach? - zapytał drapiąc się po głowie.
- O kurna! - zawołałam! - Faktycznie, trzeba lecieć!
Wraz z Bradley'em w pośpiechu, Bradley w trochę mniejszym, pognaliśmy stronę frontowych drzwi szkoły. Przyznam, że było nam je trochę trudno otworzyć, ale to tylko przez parę sekund.
Gdy weszłam poczułam szkolne ciepło. Dobra, powiem od rzeczy, spodobała mi się ta szkoła od razu. Nie była za duża, ani za mała, wręcz idealna. Korytarz był szeroki i długi. Choć nie było na nim żadnych ludzi stwierdziłam, że wszyscy uczniowie zmieszczą się w nim bez żadnych komplikacji. Mój zachwyt nad szkołą trochę potrwał, ale gdy się już ogarnęłam pobiegłam w stronę jakiejś wielkiej tablicy. Miałam nadzieję, że ujrzę tam plan lekcji i na szczęście zobaczyłam. Pierwszą lekcją okazała się fizyka w gabinecie nr. 14. Czyli trzeba lecieć na górę.



Schody były tak długie i ciągnące się, że gdy weszłam już na górę chwilę odsapnęłam i odpoczęłam na barierce. Nim się zorientowałam minęła już minuta mojego haniebnego odpoczywania. W sumie na lekcje spóźnię się zaraz piętnaście minut. To mój życiowy rekord. Obejrzałam się i ujrzałam..klasę nr.14, fizyczną, postrach licealistów, pierwsza klasa (to moja dopiska). Wzięłam oddech, zarzuciłam torbę na ramię i z odwagą weszłam do pomieszczenia.
- Dzień dobry, bardzo przepraszam za spóźnienie.
- Siadaj panno.. - zamruczał nauczyciel podchodząc do biurka i otwierając dziennik aby zapoznać się z moim nazwiskiem. - Reeves! - dodał po chwili. - Siadaj panno Reves, o tam! - wskazał swoją fizyczną łapą na ławkę, która miała wolne tylko jedno miejsce.



Moim sąsiadem był jakiś chłopak, bez nieśmiałości, którą przełamałam zapytałam się o jego imię:
- Cześć. Jestem nowa..w szkole. Mam na imię Scarlett, a Ty?
- Mhm..hm..mówiłaś coś? - zapytał chłopak odlepiając wzrok ze swojego zeszytu.
- Super. - szepnęłam. - Tak, pytałam się jak masz na imię..i mówiłam coś jeszcze, że jestem nowa i mi miło poznać, ale chyba bez przyjemności - syknęłam jednym tonem.
- Przepraszam Cię bardzo Scarlett, słyszałem Twoje imię, po prostu dużo rysuję, to nałóg, ja, niezbyt się interesuję tym co mówią do mnie inni gdy coś "tworzę" - stwierdził podkreślając słowo "tworzyć".
- Hm..więc..jak masz na imię? - zapytałam rzucając na niego serdeczny uśmiech.
- Jestem Jacob. Jestem stąd, mam dwie siostry, mamę, tatę i zainteresowania właśnie rysunkami.
- Super - stwierdziłam - Ja jestem Scarlett i mam trójkę rodzeństwa, mam mamę, ojciec od nas odszedł, ale w sensie, że wyjechał z inną, nie mam swoich zainteresowań i teraz dopiero stwierdzam, że jest to niepokojące - dodałam po czym cicho się zaśmiałam.
- Nie martw się, tutaj można znaleźć dużo zainteresowań, na pewno coś Ci przypadnie do gustu i zdobędziesz jakąś nową pasję - powiedział nowy znajomy.
Całe 45 minut lekcji przegadaliśmy o tym jakie jest Meadew Glow i czy warto tutaj mieszkać. Pytałam także o tym jak on się tutaj czuje i czy ma irytujących sąsiadów. Na każdej lekcji siadaliśmy razem, dziwne, ale w jego towarzystwie wciąż znajdowałam jakieś nowe tematy do rozmowy.



Gdy nadszedł czas obiadu wiedziałam, że będę miała problem.
- Gdzie siadamy? - zapytałam Jacoba z nutką niepokoju.
- Wszystko zajęte.. - zająknął.
- Cześć! - krzyknęła do nas jakaś uczennica. - Nie wiecie gdzie usiąść? - zapytała. - Możecie się do nas przysiąść - dodała wskazując na ławkę z trzema wolnymi miejscami.
Spojrzałam na Jacoba, a on na mnie. Po chwili zastanowienia rzuciłam:
- Jasne, z chęcią, dzięki.
Podeszliśmy do wskazanej ławki i przywitaliśmy się z wszystkimi.
- Cześć wam. Jestem Scarlett, to Jacob.
- Cześć, ja jestem Melodie - przywitała się dziewczyna, która wskazała nam to miejsce - to jest Christoper, obok niego siedzi jego dziewczyna Samantha, tu siedzi Olivier, a tu są miejsca dla was - uśmiechnęła się serdecznie.
Usiedliśmy na miejsca. Popatrzyłam na jedzenie i zrobiło mi się niedobrze. Czułam, że w żołądku coś mi się przestawia. To zapewne z powodu śmierdzących i spalonych ziemniaków oraz gratisowej sałatki - morskiej.
- Jak można to jeść? - zapytałam.
- Chodzi Ci o sałatkę morską? - zapytała Melodie śmiejąc się.
- Tak, dokładnie. To totalny wymysł kulinarny.
- Nie na miejscu. Do ziemniaków nawet moja ciotka Oliv by tego nie zjadła. A ona je wszystko z wszystkim.. - wtrącił Olivier.
- Czy masz imię po ciotce Oliver? - zapytał Jacob.
- Niestety tak. Na dodatek dostałem je, bo gdy byłem mały, byłem strasznie pulchny i wszyscy myśleli, że będę wyglądał w przyszłości właśnie jak ciotka Oliv..
- To straszne - stwierdziła Melodie.
- Tak, niezwłocznie to się nadaje do strasznych historii - dodałam.
- Hej, miło się nam gawędzi, tylko Samantha i Christoper nic nie mówią, ale to zakochani, trzeba im to wybaczyć - zaśmiała się po czym dodała - Może chcecie się z nami kumplować? No wiecie, stworzymy taką paczkę - zaproponowała.
- Mi pasuje - odpowiedział Olivier - Liceum to w końcu dżungla, bycie w takiej paczce to naprawdę najlepsze co może spotkać licealistę.
- Czemu dżungla? - zapytałam. Byłam ciekawa opowieści, którą być może opowiedzą mi nowi znajomi.
- Scarlett..nie wiem dlaczego o tym nie wiesz.., ale dobra opowiem Ci wszystko - rzuciła Melodie - Liceum to taka wielka "dżungla", w której możesz spotkać wszystkie rodzaje zwierząt, roślin i rodzaju tworzyw. Plastik, metal, drewno..wszystko tu jest. I gdy to wszystko stworzy swoje grupy trzeba wiać. Jak masz problemy z żołądkiem uciekaj od plastików..wytapetowanych lalek, noszących mini i dziwnym trafem..nie mają problemów z dyrektorem więc można posądzić je o coś jeszcze innego. Jeżeli nie gustujesz w kolorze czarnym i jesteś wrażliwa trzymaj się z dala od metali, które zjedzą Twoje ucho jeżeli za długo będziesz się na nich gapiła. Jeżeli nie tolerujesz wojny i nie chcesz walczyć vs. plastikom i metalom nie dołączaj do drewna. Im zależy tylko na pozbyciu się plastików, metali mniej, ale też. Najlepiej nie należeć do niczego, chociaż trudno w TYM liceum utrzymać się bez żadnej rangi. W każdej chwili możesz stać się największym wrogiem jakiegoś plastiku, który razem ze swoją grupą będzie Ci dokuczać, wtedy prosisz o pomoc swoją i już jesteście drewnem. Takie życie w liceum, dlatego zawsze, ale to zawsze musimy trzymać się razem. Do grup się nie przyczepi nikt!
- Łał..przyznam, że takiej historii o liceum jeszcze nie słyszałam. Ekscytująca! - stwierdziłam. - Pójdę za radą i będę się was trzymać, bo nie chcę mieć do czynienia z plastikami. One są okropne.
I w tym właśnie momencie koło naszego stolika przeszła mała 3-osobowa gromada tak zwanych plastików, które spod masy tapety na twarzy popatrzyły na mnie srogim wzrokiem. Miałam okazje pokazać im mojego najukochańszego palca, ale tym sposobem wszczęłabym wojnę, dlatego tego nie zrobiłam.



- Boże. Popatrzcie sami..tak się na Ciebie patrzą, choć Cię nie znają. To najgorsze co może istnieć na świecie. - szepnęła Melodie.
- Dzwonek! - krzyknął cicho Jacob - zmywamy się, przed nami ostatnia lekcja..historia czyli nuda, nuda, nuda.
- Będziemy mieli powód do rozmawiania - powiedziałam czule patrząc na Jacoba.
Nie wiem czemu to zrobiłam, ale było to mega, bo Jacob odesłał mi szeroki uśmiech i mrugnął okiem. Zrobiło mi się lepiej niż lepiej. Całą lekcję historii jak przewidziałam rozmawialiśmy. Tym razem głównym tematem był komputer, który dla Jacoba też nie jest ważnym elementem w życiu. Ucieszyłam się, że jest jeszcze na świecie taka osoba. Po lekcji Jacob odprowadził mnie do domu, a przyznam, że nie miał długiej drogi.
Trochę szkoda, bo chciałam spędzić z nim jeszcze trochę czasu gawędząc o niczym, ale czymś.
- To..do jutra - wykrztusiłam.
- Dzięki - rzucił Jacob poprawiając sobie włosy - Za to, że się do mnie odezwałaś na lekcji i, że jesteś moją znajomą, wiem dziwnie brzmi, jestem wstydliwy.
- Heh, to tak jak ja - zaśmiałam się.
- Niee, serio? Dzisiaj byłaś strasznie odważna. Prawie do każdego się odzywałaś, przywitałaś się za nas obojga, nie powiedziałbym, że jesteś wstydliwa.
- No dobra, może nie aż tak bardzo wstydliwa, ale jednak - wzruszyłam ramionami - No to cześć, dzięki za dzisiaj też, gdyby nie Ty, zanudziłabym się na tych pierwszych lekcjach.
- Taak..one są o niczym. I to ciągłe przedstawianie się.
Z trudem, ale pożegnaliśmy podając sobie rękę i odsyłając przyjazne uśmiechy. Nie wiem czemu, ale zaczynam lubić tę szkołę, choć dziwnie, ale jestem ciekawa przygody w szkolnej "dżungli".


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Caeruleum dnia Czw 19:13, 04 Sie 2011, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Caeruleum
SimKreator
SimKreator


Dołączył: 27 Kwi 2011
Posty: 49
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Japonia/Namimori
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Nie 1:17, 24 Cze 2012    Temat postu:

Bezczelnie przypominam o sobie pisząc kolejny post z rozdziałem, zamiast zedytować poprzedni ^^;

___________________________________________


Z uśmiechniętą miną na twarzy wkroczyłam do domu serdecznie witając się z mamą.
- No i jak? Może być? - zapytała przejęta.
- Tak - odparłam odwieszając, w tym samym czasie, swoją torbę.
- I to tyle? - furknęła. - Opowiedz dokładnie, jacy uczniowie, jakie klasy, korytarze, nauczyciele.
- Mamo, jakbym Ci miała tak wszystko opowiadać musiałoby nam to zająć cały obiad i kolację - powiedziałam. - Poza tym zwyczajnie. Niczym się ta szkoła nie wyróżnia od dziesięciu innych.
- Eh. - westchnęła patrząc na mnie niewinnym, smutnym wzrokiem. Otuliła mnie nim okazując jak jej samej bardzo jest ciężko z zaistniałą sytuacją i ciągłymi przeprowadzkami. Zrozumiałam, że moje słowa "zwyczajna", "dziesięcioma innymi" musiały ją zaboleć.
- Przepraszam. - wydusiłam. - Nie to miałam na myśli, nie chciałam Ci dopiec. - dodałam.
- Wiem, nic nie szkodzi. Bradley'a jeszcze nie ma? - zapytała.
- Nie, może jeszcze nie skończył lekcji.
- To dziwne, bo dzisiaj dzwonił do mnie i mówił, że się zwalnia z lekcji, bo się strasznie źle czuje.., więc wróci wcześniej, a jeszcze go nie ma. Martwię się o niego.
- Strasznie źle czuje? Nic mi nie mówił, poza tym nie widziałam go ani razu na korytarzu szkoły. Mhm..poszukam go i zaraz wrócimy na obiad - odparłam wychodząc z domu.



Na pierwszą myśl przyszła mi durnowata bajeczka sprzedana mamie, idealna w stylu Bradley'a. Ale zawsze dotyczyła czegoś mało istotnego lub ważnego. Mało istotne - to potajemne wyjście z kolegami na piwo, a ważna - jakieś problemy, o których nikt z nas nie mógł się dowiedzieć. Pomyślałam o czymś ważnym, bo w końcu to był pierwszy dzień szkoły, on na pewno jeszcze nikogo nie poznał. Należy do nieśmiałych ludzi, którzy otwierają się dopiero po dwóch dniach w szkole. Postanowiłam pójść tam, w końcu to niedaleko. Być może samo popytanie ludzi o pewnego Bradley'a by pomogło. Zawitałam znów w szkole jednak zastałam tam jedynie wielką pustkę. Tylko jedynie nauczycielka od matematyki samotnie krzątała się po pustych korytarzach sprawdzając ich czystość. Myślę, że ona jako sprzątaczka by się lepiej nadała. Jest chuda, chytra, uwielbia stawiać na swoim i jest nieidealną matematyczką. Podsunę jej ten pomysł, niech szuka innej pracy.



Wyszłam ze szkoły i stanęłam chwilę w bezruchu aby zastanowić się gdzie mogę szukać mojego zaginionego brata. Postanowiłam skontaktować się z Jacobem, który mógłby pokazać mi miejscowe knajpki, bary i inne ciekawe miejsca, w których prawdopodobnie mógłby przebywać Bradley. Chwyciłam za komórkę i weszłam w listę kontaktów. Dopiero po chwili szukania jego numeru zorientowałam się, że ja przecież nie mam jego w liście swoich kontaktów. Wróciłam więc znów do szkoły i poszłam do dyrektorki aby go zdobyć. Nie było trudno go od niej wyciągnąć, ale dyrektorka podarowała mnie tajemniczym wzrokiem gdy wychodziłam z gabinetu.



Po zdobyciu numeru, bez zastanowienia, szybko chwyciłam telefon i wbiłam w niego numer komórkowy Jacob'a. Miałam małe wątpliwości czy dzwonić i zawracać mu czas, ale w końcu to zrobiłam. Z przejęciem odczekiwałam sygnał aż wreszcie usłyszałam donośny głos znajomego.
- Słucham?
- Czeeść Jacob. Tu..tutaj Scarlett. Znaczy się..po drugiej stronie. Kurde! - krzyknęłam. - Przepraszam - odparłam cicho wstydliwym głosem - z tej strony Scarlett. Mam pytanie. Czy chciałbyś oprowadzić mnie po mieście?



- Więc jakie knajpki chcesz dokładnie zobaczyć? - zapytał.
- Nie wiem, najlepiej wszystkie w pobliżu - odpowiedziałam.
- Ok, dobrze. To zaczniemy od pubu Olibeer.
- Końcówka nazwy od piwa? - zaśmiałam się.
- Dokładnie - odpowiedział Jacob otwierając mi drzwi.
- Dżentelmen z Ciebie.
Pub był nadzwyczajny, jedyny w swoim rodzaju. Szczerze mówiąc nigdy nie przyglądałam się takim lokalom z bliska, takim z samym piwem. Ta zauroczyła mnie swoim wyglądem, klimatem, kolorystyką. I dziwne było to, że nie śmierdziała alkoholem, papierosami i jeszcze innymi używkami.



- Witam was. Co zamawiacie? - zapytała kelnerka.
- Piwo z sokiem, a Ty Scarlett?
To by było złe zamawiać piwo, ale raczej nie mogłam zachować się jak dziecko i poprosić o sok pomarańczowy, choć był on w menu. Popatrzyłam na Jacoba, później na kelnerkę i jeszcze raz tak samo aż w końcu podjęłam decyzję.
- Niech będzie piwo. Bez soku - odparłam.
- Tak naprawdę dlaczego chciałaś abym pokazał Ci okolice i Meadow Glen? - zapytał Jacob uśmiechając się do mnie.
- Nie wiem. Po prostu, chcę się zapoznać z okolicą, żeby się kiedyś nie zgubić. Albo może dlatego, że mam taki zwyczaj, że nie lubi gdy ktoś się mnie pyta o drogę, a ja sama jej nie znam. To głupie nie znać swojego miasta, dlatego muszę się go uczyć od przyjazdu.
- Widzę, że masz swoje zasady.
- Ee..tam, zasadami bym tego nie nazwała - zaśmiałam się. - Po prostu chcę mieć wszystko poukładane, albo raczej, dużo wiedzieć.
- Miałaś dobre oceny w gimnazjum? - zapytał.
- Tak, zawsze dobre oceny, zawsze dobra Scarlett, starałam podlizywać się ojcu, żeby został z nami jak najdłużej. I tak wyszło inaczej, wyjechał i nas zostawił.
- Przykro mi. Pewnie ciężko było Ci bez ojca.
- W sumie..nie wiem, byłam wtedy 13-latką, rozumiałam o co chodziło, ojciec nie kocha matki tylko inną kobietę, a do tego mamę zdradził i pewnie będzie miał swoje dzieci. Mogłam mieć od tego depresję i jakieś problemy, ale ich nie miałam, bo zawsze wiedziałam, że mój ojciec to dupek. Czekałam tylko na ten moment. Mama mnie ostrzegała, że kiedyś do tego dojdzie. Nie raz płakała mi na ramieniu jak jest jej przykro, że popełniła taki życiowy błąd wychodząc za niego i, że jest jej źle z tym, że musimy mieć takiego ojca.
- Moje życie też nie było idealne. Ale nie będę Ci tego mówił, to głupia historia, na pewno nie będziesz chciała słuchać - odparł.
- Nie..jeżeli dzięki temu uda Ci się otworzyć przed kimś i wydusić z siebie złość to posłucham.
- No to dobra. Zacznę od tego, że..mam starszego brata, który chodzi do trzeciej liceum. "Straszny" to na niego za słabe określenie. Jest wredny, chytry i nie ma szacunku do nikogo oprócz do samego siebie. Nienawidzi mnie, ale ja jego też. Mamy chorą matkę, z którą mieszkamy sami, ojciec..on jest alkoholikiem i nigdy nie ma go w domu. To znaczy czasem przychodzi na obiad czy śniadanie jak nic nie wygrzebie ze śmietnika. On woli pić i szukać sobie jedzenia w śmieciach niż mieszkać z nami, podjąć się pracy i jadać normalne posiłki. Wracając do brata..zawsze mnie bił, nabijał się ze mnie w szkole, byłem ofiarą jego głupich żartów, na mnie próbował swoje nowe zabawki w młodości i zawsze w rodzinie byłem tym mniej ważniejszym od niego. Rozumiałem to do czasu jako "młodszy ma zawsze lepiej", kiedyś to przerodziło się naprawdę w większą miłość matki do niego niż do mnie.
- To gorsza historia niż moja. Przykro mi - dodałam z przygnębionym wyrazem twarzy, oznaczającym jeszcze, że nie mam pojęcia co więcej powiedzieć.
- Wiem, że trudno tu cokolwiek powiedzieć. Widzę, że naprawdę Ci przykro więc wielkie dziękuję Ci za to - odpowiedział Jacob dotykając delikatnie mojej dłoni, która leżała swobodnie na stole i czekała na ten moment. I gdy już chciałam to zrobić - też złapać go za rękę ujrzałam na zewnątrz Bradley'a śpiesznie podążającego za jakimiś podejrzanymi typami.
- Przepraszam Cię bardzo Jacob, ale muszę wyjść. Mój brat gdzieś zniknął i właśnie go widziałam, wszyscy się o niego martwimy, muszę iść, przepraszam! - odparłam kładąc na stolik pięć dolarów.



Wyszłam z knajpy i rozejrzałam się dookoła. Słyszałam śmiech jakiegoś chłopaka jednak nigdzie ich nie widziałam. Dopiero po chwili zauważyłam wąską uliczkę, dość ubogą. Weszłam w nią i zobaczyłam grupkę stojących i dilujących gości. Schowałam się za pobliskim słupie i podsłuchiwałam co mówili.
- Słuchaj Bradley, nie przyniesiesz tego na jutro, nie żyjesz, jasne?!
- Dobra, przyniosę.
- A skąd weźmiesz? - wtrącił drugi z nich.
- Tego jeszcze nie wiem, ale załatwię, obiecuje!
- Jaja sobie robisz idioto? Masz wiedzieć teraz skąd weźmiesz, mamy dość smarkaczy, którzy obiecują i nie przyniosą rozumiesz?!
W pewnym momencie jeden z nich przyparł Bradley'a do muru i uderzył w twarz.
- Nie! Stop! Czekajcie! Wezmę od..mam kumpla..on mi załatwi, dobra?! - bronił się Bradley.
- Jak nie przyniesiesz dorwiemy Twoją rodzinkę..rozumiesz? - krzyknął jeden z nich. Wyglądał jak jakiś boss i pewnie nim był.
- Chętnie zabiorę się za słodką siostrzyczkę..wiesz..Twoją Scarlett. Taka słodka i niewinna, a przez brata możesz jej się coś złego stać.
- Nawet jej nie dotykaj! - syknął Bradley.
- Zamknij się, bo i tak nic Ci to nie pomoże. Grozisz to Ty możesz własnej matce, a nie nam. Poza tym pilnuj siebie i rodzinki, bo nie wiadomo kiedy może się wam coś złego przytrafić, hahaha - zagroził.
- Dobra idziemy, bo jemu nawet dzień nie wystarczy, żeby załatwić ten towar. Z łajdakami tak już jest, zrywamy się!
Nagle w pewnym momencie w tej wąskiej uliczce zostałam tylko ja i Bradley. Nawet nie wiedział, że jestem w pobliżu. Patrzyłam na niego tak jakbym za chwilę miała się rozpłakać. Nie wiedziałam w co się wpakował, ale podejrzewałam, że jest bardzo źle. Wnet Bradley zabrał swój plecak z ziemi i zniknął w cieniu wyniszczonych budynków...



Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Caeruleum dnia Nie 1:18, 24 Cze 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Caeruleum
SimKreator
SimKreator


Dołączył: 27 Kwi 2011
Posty: 49
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Japonia/Namimori
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Czw 22:25, 16 Sie 2012    Temat postu:

Rozdział IV

Po powrocie Bradley'a i mojego do domu, kilka minut później zapanowała niezręczna cisza. Brat zamknął się w swoim pokoju, nie schodząc ani na obiad ani na kolację. Nie odezwał się do nikogo z wyjaśnieniami, a tym bardziej do mamy, którą żądała ich od Bradley'a najbardziej.
- Po prostu dajcie mi spokój. - Rzucił wracając do swojego pokoju.
Wreszcie postanowiłam z nim porozmawiać, choć wiedziałam, że nie będzie to łatwe. Sprawa musi się wyjaśnić, przynajmniej między nim a mną, w końcu nie mogę go tak z tym sama zostawić. Był wczesny wieczór, Meadow Glen nie ogarnęła jeszcze całkowita ciemność.



- Bradley, otworzysz? - zapytałam pukając do drzwi.
- Wybacz, ale nie mam humoru do gawędzenia - odpowiedział.
- Wiem, ale to ważne, błagam Cię, pozwól mi wejść.
Po chwili usłyszałam kroki zbliżające się do drzwi, Bradley otworzył je i natychmiast rzucił:
- O co chodzi?
- Chcę porozmawiać o tym co wydarzyło się dzisiaj na tej ponurej uliczce gdy rozmawiałeś z tymi chłopakami, a raczej kłóciłeś..
Z ponurej miny Bradley'a zrobiła się wściekła mina, która widniała na widocznie pobladłej twarzy.
- Skąd o tym wiesz, co? Śledziłaś mnie? - syknął załamany.
- Bradley..ja..martwiłam się o Ciebie..przecież wiesz... - próbowałam dobrać właściwe słowa.
- Nie powinnaś tego robić! - krzyknął oburzony. - To nie Twoja sprawa co robię po szkole!
- Ale Bradley! Ty masz kłopoty! Chcę wiedzieć co się dzieje! - krzyknęłam przejęta całą sytuacją. - Błagam Cię, po prostu powiedz co się dzieje, w co się wpakowałeś.
- Dobra. - wymamrotał - Tylko tak nie krzycz, bo nas matka usłyszy, a wtedy koniec.



Usiadłam na łóżku pochłonięta zamartwieniami i zaczęłam słuchać uważnie co Bradley ma mi do powiedzenia.
- Byłem pewny, że ten pierwszy dzień szkoły to będzie koszmar..nie myliłem się. Na jednej z przerw stałem całkiem sam oczekując na dzwonek na lekcję. W pewnym momencie, zupełnie znienacka jakiś koleś się do mnie przyczepił. Nie miał mi nic do zarzucenia jednak okazywał jakiś problem. Kiedy mu powiedziałem, żeby się odczepił, że go nie znam i jestem nowy, uśmiechnął się do mnie i po prostu wciągnął w jakiś ciemny korytarz. Tam stała reszta jego grupy, palili papierosy i narzekali na brak towarów. Wtedy ten chłopak popatrzył na mnie i powiedział, że spotkamy się później w ważnej sprawie. Odmówiłem, a oni się zaśmiali. Czułem się jak idiota, ale co miałem zrobić? Było ich chyba z sześciu..na jednego by nie wypaliło. Jak wychodziłem ze szkoły, a było to bardzo wcześnie oni dopadli mnie tuż na przejściu do domu, szarpałem się z nimi, ale nic to nie dało. Zaciągnęli mnie do jakiejś ponurej knajpy i kazali z nimi siedzieć. Później byliśmy na tej uliczce i wtedy zaczęli mi grozić, że jeżeli nie przyniosę im towaru na jutro to..dorwą mnie, Ciebie i nasze rodzeństwo wraz z mamą.
- Bradley..co to za towar? Dragi..heroina, kokaina? Mów! - rozkazałam.
- Heroina.
- Matko..czemu nie kokaina? - zapytałam oburzona - Łatwiej ją zdobyć!
- Co ty gadasz? Niby skąd możesz o tym wiedzieć?
- Akurat znałam kolesia..dość blisko.., który handlował..kokainą..no i mógłby nam sprzedać..,ale to nie ma być ona!
- Nie ważne teraz. Jutro mogę pożegnać się z życiem, chociaż nie wiem, może policja, może coś zaradzi, jak myślisz?
- Wątpię. Lepiej chyba im dać ten towar, jak się go oczywiście zdobędzie. Tylko później mogliby z Ciebie zrobić swojego dostawcę, a to byłby poważny problem. Ale nie wiadomo jak z policją, w końcu...nie masz dowodów, prawda?
- Żadnych, a raczej pójście tam i powiedzenie, że mi po prostu kazali byłoby idiotycznym pomysłem - wymamrotał.
- No dobra..to chyba będziemy musieli się tym sami zająć, co? - zapytałam z dziwną miną na twarzy.
- Słucham? Chyba Cię zdrowo...pogięło. Nie załatwię tego teraz.
- Ależ właśnie teraz jest najłatwiej załatwić kokainę! - krzyknęłam donośnie - Ups! Przepraszam.. - zasłoniłam ręką usta i dodałam - Słuchaj! Ja Ci pomogę, pójdę z Tobą, mam dużo pieniędzy w skarbonce, przecież..nie dasz się im szantażować, jeden raz..jeden raz możesz to kupić, a później postawisz warunek, żeby już nigdy w życiu się do Ciebie nie przyczepili. - powiedziałam.
- Może i dobry pomysł, ale nie mogę Cię narażać na niebezpieczeństwo, mogą nas złapać, a wtedy koniec.. - szepnął. - Co będzie ze szkołą? Przecież marzysz o studiach, o skończeniu szkoły jako perfekcyjny uczeń, to Ci zepsuje reputację, wpiszą Ci to w papiery! - rzekł Bradley doszukując się to nowych argumentów, aby przekonać mnie do zrezygnowania z udziału w "akcji".
- Ależ nigdy w życiu Cię nie zostawię, jesteśmy rodzeństwem, różni nas tylko jeden rok..to za mało, żebym miała zostać w domu i się zamartwiać zamiast działać z Tobą, ubieraj się, ale już! - powiedziałam. - Powiemy mamie, że idziemy na godzinę na spacer, ja zadzwonię do Jacoba, może on..może on nam pomoże, oczywiście nie będziemy go w to mieszać, zapytam się tylko czy są tu jacyś dilerzy..W sumie muszą być, w końcu skąd oni mieli wziąć towar jak nie stąd? Chyba, że...gdyby wzięli stąd to dalej by go brali, a może się po prostu boją..
- Scarlett nie czas na dochodzenia, trzeba szybko działać.
- Tak, to prawda. Idę do mamy, powiem, że wychodzimy i zaraz się ubiorę, czekaj na mnie na dole!



Weszłam na górę do swojego pokoju najszybciej jak mogłam. Ubrałam co miałam pod ręką i pobiegłam na dół. Bradley czekał już na mnie. Pośpiesznie pognałam do mamy aby wyjaśnić jej, że idziemy razem na spacer. Nie odmówiła, a wręcz ucieszyła się, że w końcu udało mi się go wyciągnąć z pokoju. Wychodząc mama pożegnała nas serdecznymi uśmiechami, a my nawet ich nie odwzajemniliśmy. Miny mieliśmy skwaszone jak nigdy, staliśmy chwilę przed domem zastanawiając się czy dobrze robimy, czy iść, czy wracać. Założę się, że wyglądaliśmy jak przestraszone roboty niewiedzące co ze sobą począć. "Założę się", bo w końcu nie widziałam nas z perspektywy innej osoby.



W końcu ruszyliśmy szybkim krokiem w stronę domu Jacoba. Znałam jego adres, bo jeszcze wcześniej go o niego poprosiłam. Jedynie głupio mi było pomyśleć o tym, że moja pierwsza wizyta u niego będzie dotyczyła ważnej i żałosnej sprawy, która jest związana z samymi narkotykami..ale takie jest życie, okoliczności wybiera każdemu samo. Gdy doszliśmy na miejsce miałam okropne wątpliwości i wyrzuty sumienia, ale w końcu zadzwoniłam do drzwi. Po chwili ujrzałam w nich szczupłą sylwetkę, gdy popatrzyłam w górę byłam pewna kim jest osobą stojąca na przeciwko mnie podobieństwo było wielkie, to była matka Jacoba.



- Dobry wieczór. Ja od razu przepraszam, że przeszkadzam.., ale czy zastałam Pani syna?
- Nic się nie stało, a którego? Jacoba czy Billa?
- Billa?..szepnął Bradley..
- Cii! - szepnęłam cicho do Bradley'a szturchając go w ramię.
- Jacoba. - powiedziałam uśmiechając się serdecznie w jej stronę.
- Dobrze, zawołam, proszę poczekać. - rzekła znikając z ramy drzwi.
- Co Ci odbiło? - zapytałam. - Pewnie to usłyszała..to straszne..
- Scarlett! - przywitał mnie radośnie Jacob.
- Cześć, mam sprawę, porozmawiamy?
- Jasne, wchodź..cie.. - powiedział zakłopotany. - Ty jesteś Bradley tak? Brat Scarlett?
- Tak, to mój brat, ale lepiej jak porozmawiamy na zewnątrz, dobrze?
- No..jasne, poczekaj! Założę kurtkę i możemy wyjść. - oznajmił.
Zaprowadziłam Jacoba i Bradley'a na pobliską ławkę i gdy usiedli od razu rzuciłam:
- Ja..głównie przyszliśmy po to.. - popatrzyłam na Bradleya - żeby Cię o coś zapytać. - dodałam.
- Jasne, a o co konkretnie? - zapytał zaciekawiony.
- Czy..czy..Ty wiesz może..czy tutaj ktoś..sprzedaje narkotyki? - zapytałam z trudnością.
- Narkotyki? Scarlett dla Ciebie?! - jęknął.
- Nie.., nie.., nie..oczywiście, że nie dla mnie. Dla Bra.., a raczej w sumie..dla kogoś innego. Bradley ma kłopoty ze szkolnymi "łobuzami", którzy mu grożą, musi zdobyć heroinę. - opuściłam głowę i uroniłam łzę.
- Hej..nie płacz.. - wykrztusił Bradley.
- W sumie to znam taką osobę.
Podniosłam głowę i litościwym wzrokiem opatrzyłam Jacoba.
- Nazywa się Liam Brescott, handluje od 18 lat. Przepisowy, choć nie do końca jeżeli chodzi o heroinę właśnie. Trudno ją przemycić, a kupić jeszcze trudniej.
- I mieszka w Meadow Glen? - wtrącił Bradley.
- Tak, ale na samym końcu miasta, gdzieś z 2 km, możecie pojechać autobusem oczywiście, ale kursuje tylko do dwudziestej drugiej więc będziecie mieli mało czasu.
- Postaramy się. - powiedziałam. - Ale dokładnie..to gdzie on mieszka?
- Hm..chyba na Lorenst Drive, w małym mieszkanku, ponura ulica, będziecie się musieli chować i ostrożnie przechodzić przez każdy zakątek tej ulicy. Grasuje tam dużo policji i podejrzanych typów, którzy niestety, krzątają tam tylko po to, żeby kogoś..porwać.
- Hej..trochę się to wyklucza..policja i podejrzane typy, powinni zostać złapani, tak to nie działa? - zapytałam.
- Tak powinno być, ale nie jest. Muszę spadać, wybaczcie, mam taką dziwną przypadłość, że w późniejszych porach trudno mi zasnąć. Ale mam coś co może wam pomóc..
Jacob wyciągnął kawałek kartki i napisał na niej swoje nazwisko wraz z jakąś prośbą.
- Jak już tam dojdziecie, do Brescotta dajcie mu to. Łatwiej wam sprzeda.
- Miałeś z nim jakieś biznesy? - zapytał przerażony Bradley.
- Nie ja, mój brat, dobra idę, powodzenia Scarlett.
- Dzięki. - cmoknęłam Jacoba w policzek na pożegnanie i ruszyłam wraz z Bradley'em w stronę miejscowego autobusu.



- Kurde, powiedz mi szczerze, nie srasz w gacie? - zapytał Bradley.
- Bradley..oczywiście, że tak. Chyba nie myślałeś, że czuje się z tą sytuacją całkowicie swobodnie jak jakaś dilerka.. - powiedziałam. - A Ty? Boisz się? - zapytałam po chwili.
- No niestety..najbardziej glin. Jak nas dorwą, mamy przerąbane.
- Nie mów tak już, bo wykraczesz. Ruszamy.
Wsiedliśmy do wieczornego autobusu i zajęliśmy miejsca na samym końcu z dala od innych ludzi. Próbowaliśmy ułożyć jakiś sensowny plan, oczywiście nie było tego łatwo dokonać.
- Wysiadacie. - oznajmił konduktor z ponurą miną.
To co zobaczyliśmy o mało nie przyprawiło nas zawału lub wylewu. Ulica, na której wysiedliśmy była faktycznie ponura, a można powiedzieć, że to słowo jest określeniem za słabym na to zjawisko. Wyglądała na przybijającą, przygotowaną do "świętowania" pogrzebu miejscówkę. Mroczność tego miejsca wynosiła sto procent. Zauważyliśmy nawet jednego policjanta, dlatego szybko zniknęliśmy mu z oczu i udaliśmy się krętymi ścieżkami poszukując mieszkania 14/6 przy Lorenst Drive, przy mrocznym sklepiku z bronią palną.



- Chodź tędy - szepnęłam.
Zobaczyłam brudną i podartą tabliczkę z numerem mieszkania 15. Kazałam Bradley'owi iść dokładnie za mną i poprowadziłam nas do celu. Oto przed nami stał obskurny, okropny budynek z numerem 14. Weszliśmy do środka i zastaliśmy to samo co na zewnątrz, a nawet gorsze. Znaleźliśmy numer szósty i przestraszeni zapukaliśmy do drzwi. Otworzył je nam zaniedbany, starszy mężczyzna.
- Co to jakieś żarty są? - zaczął. - Kim jesteście i czego chcecie? - zapytał zniesmaczony.
- Dobry wieczór..chcemy..chcemy coś od Pana kupić. - odpowiedziałam niezdecydowanie.
- Wy? Tacy mali gówniarze? - zaśmiał się. - Żartujesz, prawda? - Lepiej nie, bo się jeszcze zadławicie, haha.
- Ale to nie dla nas. Musimy je komuś dostarczyć, błagam o wysłuchanie mnie, to nie zajmie długo. - prosiłam błagalnym wzrokiem.
- Dobra, wchodźcie, tylko szybko. - zamknął cicho drzwi upewniając się, że nikt nas nie widzi. - Czego potrzebujecie smarkacze? - zapytał wchodząc do kuchni i zabierając z niej wielką, zapakowaną paczkę.
- Heroiny.
- Nie mam jej dużo, a do tego jest droga i silna. Jesteś pewna, że tego chcesz? Chyba nie chciałabyś skrzywdzić tak słodkiej twarzyczki, co? - podszedł do mnie i pogłaskał po policzku. Wyczułam kroki Bradley'a ale ostrzegłam go, żeby się nie zbliżał. Uważałam, że tak będzie lepiej. Kłótnie były zbędne. To mogłoby zmniejszyć nasze szanse na zdobycie tego narkotyku.
- Mówiłam, że to nie dla mnie.. - wymamrotałam starając się utrzymać dość grzeczny ton.
- Dobrze, może Ci wierzę, może nie.. - powiedział bawiąc się moimi włosami.
- Do rzeczy proszę..ile za działkę dla osoby?
- 100 dolarów.
- Ile? - zamarłam.
- Słyszałaś, ile bierzesz? - zapytał zniecierpliwiony.
- Bradley..ile ich tam było?
- Sześciu.. - szepnął.
- Nie chcemy kłopotów więc biorę 6..paczek.
- No to będzie 600 dolarów, płacić i zmykać, natychmiast!



Zapłaciłam za dany zakup, zabrałam sześć paczek i schowałam do jednej reklamówki, którą później schowałam do kieszeni. Wyszliśmy w mgnieniu oka. Musieliśmy uważać bardziej niż wtedy, bo teraz mieliśmy coś co mogłoby przysporzyć nam masę kłopotów. Poszliśmy starą drogą, nie mieliśmy żadnych problemów, nie licząc jakiegoś naćpanego faceta, który szeptał coś pod nosem na nasz temat. Prawdopodobnie coś o dzieciach, dalszej części nie dało się zrozumieć. Gdy zbliżaliśmy się już do końca drogi i byliśmy dwa kroki od autobusu pewna osoba stanęła nam na drodze, a dokładniej..policjant.
- Czego szuka tutaj dwoje nastolatków z napakowanymi kieszeniami u dziewczyny? Hmm..opróżnić je! - syknął nagle.
Prawie się rozpłakałam, patrzyłam w ziemię nieruchomo, a kiedy próbowałam coś powiedzieć policjant się wkurzył i kazał zdjąć mi kurtkę.
Wciąż stałam nieruchomo, kiedy w pewnym momencie zdenerwował się i sam ją ze mnie zdjął. Sprawdził kieszenie i znalazł to co chciał.
- Aresztuje was.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Caeruleum dnia Czw 22:32, 16 Sie 2012, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.simowehistorie.fora.pl Strona Główna -> Historie / Fotostory Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Forum.
Regulamin