Forum www.simowehistorie.fora.pl Strona Główna
 FAQ   Szukaj   Użytkownicy   Grupy    Galerie   Rejestracja   Profil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości   Zaloguj 

Maks [21.08.12]
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 16, 17, 18, 19, 20  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.simowehistorie.fora.pl Strona Główna -> Historie
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Hipstęł
SimKreator
SimKreator


Dołączył: 02 Kwi 2010
Posty: 2005
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 3/5
Skąd: Trn
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Nie 22:55, 05 Sie 2012    Temat postu:

Cady, twój komentarz jest taaaaaaaki długi xd
Cytat:
Jakby wciąż balansowały na granicy, której umownie się nie przekracza.

Tylko umownie? xd
Jeśli chodzi o problemy, to każdy ma jakiś. Nie ukrywajmy. Tu po prostu są one wyolbrzymione.
Wybaczę ci wyłapanie tekstu o tym, że kobiety są niepotrzebne i interpretacje niewyraźnego obrazu w tv.
A ja dalej lubię Ala i będę go bronił przed wszystkimi (wszyscy średnio za nim przepadają na rzecz uwielbianego Eryka).
Nie słyszałem tej piosenki xd
Cytat:
Jaka patologia.

Wiem <3

To miała być taka lekka, szybka relacja. A dawno się tak nie męczyłem jak przy pisaniu tego. Nie jestem zbyt zadowolony, ale sami oceńcie.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hipstęł
SimKreator
SimKreator


Dołączył: 02 Kwi 2010
Posty: 2005
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 3/5
Skąd: Trn
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Nie 22:57, 05 Sie 2012    Temat postu:

Oboje cieszyliśmy się, że Al przeżył to spotkanie. Sami lekarze mówili, że jego stan był ciężki. Na szczęście udało mu się z tego wyjść. Kiedy odbierałem go z oddziału rzuciliśmy się sobie w ramiona, moment, w którym było słychać gruchot łamanych kości… myślałem, że to już koniec.

Zapytałem jak się czuje po tym, co zrobił. Przeżył starcie z lwem. Nie oczekiwałem nawet odpowiedzi. Jego mina mówiła wszystko.

Alejandro nie chciał jednak od razu wracać do domu. Wiedział, że Jean tylko czeka na to by go dobić (to miał rację, lew już czekała na swoją ofiarę). Jako dobry kumpel zabrałem go na grillowanie przy plaży, korzystając z wyjścia można było zaliczyć piwko. Po dotarciu na miejsce rozpaliłem ogień i zacząłem przerzucać rozżarzone węgle.

Nie mieliśmy żarcia. Fajnie. Al nawet się tym nie przejął, łapał jakieś robaki. Podobno skupowali je w instytucie naukowym. Po chwili dołączyłem do niego. Byłem cholernie głodny, a na Discovery mówili, że robaki zawierają sporą ilość białka (osobiście ich jednak nie polecam).

Opowiadaliśmy sobie historię o duchach. I coś do nas dotarło. Po co opowiadać historię o duchach skoro można ją przeżyć. Zbliżała się północ. Zabraliśmy swoje cztery litery i ruszyliśmy się na miejski cmentarz (który na nasze „szczęście”, znajdował się na drugim końcu miasta).

- Stary, nie wiem czy to dobry pomysł.
- Nie gadaj głupot, to mój pomysł, nie może być zły.
- Maks, ja chyba muszę zmienić spodnie.

Pffff… Historie o duchach w dużym stopniu odbiegały od tego, co działo się na tutaj. Spotkaliśmy tam zaledwie dwie zagubione zjawy. Starszego mężczyznę, którego zabił bieg czasu i kobietę, która umarła… Sam nie wiedziałem, na co.


Pchnąłem Ala w jej kierunku. Teraz to, że musiał zmienić spodnie było już pewne. Myślałem, że zaraz padnie na zawał. Z tą kobietą nie było lepiej. Na chwilę nawet straciła przytomność. W jakim świecie przyszło mi żyć. Duchy tracą przytomność na widok ludzi.

Moja rozmowa z kobietą poszła o wiele lepiej. Wyciągnąłem od niej wiele ciekawych informacji. Dowiedziałem się, w jaki sposób zginęła (była tak zapracowana, że zapomniała zjeść drugiego śniadania), jak wyglądało jej dawne życie (dorabiała sobie pracując w burdelu) i jak wygląda piekło (darmowe, ociekające seksem dziwki dla każdego ateisty).

I wtedy rozpłynęła się. Powiedziała, że powinienem wpaść tu jeszcze jutro. Chciała ściągnąć swoich przyjaciół z tamtego świata i urządzić party hard. Później niestety o tym zapomniałem. I już nigdy w życiu nie miałem okazji być na bibce dla duchów.

Kiedy niejaka Penelopa zniknęła chowając się w swoim nagrobku Al odzyskał panowanie nad swoim ciałem. Było trochę za późno, musieliśmy jak najszybciej wracać do domu żeby ten mógł zmienić spodnie. Przy okazji zmuszony zostałem do wysłuchania opowieści o tym jak bardzo boi się duchów.

Wszyscy się starzeliśmy. Życie było jedną wielką niewiadomą, która zawsze zmierzała ku śmierci. Jean i ja dobijaliśmy już do 35 lat. Jeszcze jakiś czas temu mogło się wydawać, że ten wiek to koniec wszystkiego, starość, czas na emeryturę i śmierć. Głupie myśli nastolatków.

W przeciągu tych lat tyle zyskałem. Poznałem Jean, która była najważniejszą osobą w moim życiu. Zdobyłem wspaniałą pracę, osiągając tym samym swój cel życiowy. Znalazłem również wspaniałych przyjaciół, ludzi, którzy nigdy nie zawiodą: Ala, Marshalla i Eryka.

Wiele również straciłem. Pełne zaufanie Jean (które z czasem udało mi się, choć w pewnym stopniu odzyskać), ojca (mój największy priorytet) oraz Lucjana (jeśli można tak to ująć, gdyby nie to wszystko byłby moim synem). Prze uzależnienia pożegnałem się również ze zdrowiem. Ciągłe palenie robiło swoje.

Pewnego słonecznego dnia do naszego domu przyszła mała zabawka. Z opisu wynikała, że przysłał ja wujek Zdzichu. Małemu od razu się spodobała, inaczej było jednak w przypadku Jean. Zostawiła mi Lucka pod opieką, po czym wyruszyła na miasto szukać tego skurwy,**na, który przysłał jej dziecku to gówno.

Trzeba przyznać, że Fufik (bo tak w między czasie zabawkę nazwał Lucjan) nie był zbyt ładna zabawką. Tak naprawdę to była to kupa zszytych szmat i guzików, które ledwo się trzymały. Nawet za czasów naszego dzieciństwa trudno było o tak ohydną zabawkę jak ta, ale liczy się gest.

W międzyczasie musiałem wyjść do pracy, dlatego mały został z wujkiem Alem, który stwierdził, że w pierwszej kolejności musi się najeść (naleśniki Jean… to nie był dobry pomysł), a dopiero później zająć dzieciakiem.


Na szczęście mały pił tylko mleko. Posiłki jego matki mogły zabić (wgl. Jean ma 8 poziom gotowania, a jak coś zrobi to każdy cały czas rzyga).

Korzystając z tego, iż szkrabem zajmował się Al, Jean zaczęła pisać kolejną książkę. Po przebudowie, w naszym domu powstał gabinet. Moja ukochana coraz mniej pisała i coraz więcej zarabiała, sprzedała nie tylko książki, ale i swoje życie prywatne. Przedstawiciele wydawnictw często gościli w naszych progach, nie zawsze po to by wydać jej książki. Czasami chcieli zarobić sprzedając kilka informacji kolorowym czasopismom.

Jean nienawidziła dzieci. Od początku była bardzo uprzedzona do małego. Lucjusz sprawiał jej tyle samo bólu, co mnie. Przypominał o głupocie, jaką zrobiła, tylko po to by zemścić się na niewiernym narzeczonym. Za cenę własnej, wymarzonej przyszłości… udało jej się.

Czas leciał. Nie dało się tego w żaden sposób zatrzymać. Wszystko wokół nas przemijało. Każdego dnia odchodził ktoś bliski. Członek rodziny, kolega z pracy czy sąsiad. Nie zważając na to trzeba żyć dalej. Pracować i toczyć normalne życie, które czasami daje w kość.


Jeśli nie robi się tego, co trzeba ponosi się odpowiednie konsekwencje. Przykładem są spędzone w pracy nadgodziny czy wizyty komornika, który nie przejmując się niczym zabiera to, co mu się spodoba. Nowy gadżet lub pamiątkę po bliskiej ci osobie.

Na szczęście jest wiele dużo bardziej przyjemniejszych chwil. Główny reporter wiadomości zdecydował się opuścić to miasto (i świat), a ktoś musiał zająć jego miejsce. Wybór początkowo padł na mojego kumpla Clarka, ale po rozpuszczeniu (nie) jednej plotki wszystko się zmieniło. Ta fucha przypadła mnie. Miałem własne studio i współprowadzącą (z obwisłymi cyckami, która na moje nieszczęście mimo 80 na karku dobrze się trzymała).

Kiedy wróciłem do domu Jean właśnie trenowała z manekinem. Nie widziałem jej s stroju do sim-fu, od kiedy odeszła. Nie wyszła z formy, jej akrobacje i ataki wciąż zapierały dech w piersiach (pociągnięcie tych 3 tirów w dalszym ciągu nie sprawiłoby jej żadnego problemu).

Al stwierdził, że skoro zdobycie tej posady było moim celem życiowym to trzeba to opić. Nie każdemu udaje się zrealizować postawiony przez siebie cel i to jeszcze przed 40. Miał racje. W końcu tylko raz w życiu spełnia się największe marzenie.

Pojechałem na swojej Bestyjce (Jean i ja mieliśmy dwie różne) do najlepszego nocnego klubu w mieście (czyt. nędznej spelunki na obrzeżach). Przez całą drogę lansiłem się swoim nowym służbowym wdziankiem. Niech każdy wie, kim jestem w tym mieście (prowadzącym programu o 4 rano w TV TRWAM).

Razem z Alejandro dorwaliśmy się na maszyn z grami, na które w ciągu całego wyjścia wydaliśmy grubo ponad 3 stówy. Co lepsze te same gry mieliśmy na konsoli w domu.

W tym czasie Jean skorzystała z baru. Od kiedy urodził się mały nie widziałem jej z kieliszkiem.
Upiła się do tego stopnia, że opowiedziała barmance całą historie swojego życia (opublikowaną 3 dni później w gazecie) i rzygała tęczą gdzie popadnie.

Kiedy moja (wstawiona) narzeczona trochę się ogarnęła w trójkę ruszyliśmy na parkiet. Przypominały się stare dobre czasy sprzed narodzin Lucjusza. Za trzy miesiące mijał rok. Nawet krótki wypad do miasta stawał się męczący, kiedy po powrocie musiało się słuchać płaczu dziecka. Cieszyliśmy się chwilą.

Następnie wszyscy opiliśmy mój awans (jako dobry narzeczony zabrałem drinka mojej ukochanej). Toast podchodził również pod sukces Jean, która kilka dni wcześniej wpuściła na rynek nową książkę i w przeciągu dni zarobiła tysiące simelonów.

Poszliśmy puszczać bańki. Wspomnienie szalonych nastoletnich lat wróciło. Wtedy jednak używki były dużo mocniejsze. Miałem po nich o wiele lepszą fazę niż po bańkach truskawkowych. Niestety to taki sposób zabawy preferują gwiazdy, a my w ostatnim czasie staliśmy się jednymi z nich.

Dzień po imprezie zostałem obudzony przez krzątającą się po domu Jean. Kiedy wyjrzałem przez okno żeby zobaczyć, co się dzieje… Myślałem, że nie wyrobie ze śmiechu. Moja narzeczona miała na sobie swoje stylowe, przeciwsłoneczne okulary i strój strażacki. Urlop macierzyński właśnie dobiegł końca. A myślałem, że rzuciła tę robotę.

Przed wyjściem do pracy zajmowałem się Lucjanem. Z czasem dystans do małego znacznie zmalał. Pokochałem malca jak własnego syna. Zajmowałem się nim, kiedy tylko mogłem. Patrząc na tego przesłodkiego szkraba doszedłem do wniosku, że chciałbym mieć syna.

I jeszcze tego wieczoru zacząłem się o to starać.



Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Matryoshka



Dołączył: 23 Lip 2012
Posty: 95
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Paris, France
Płeć: Dziewczyna

PostWysłany: Pon 0:28, 06 Sie 2012    Temat postu:


Te kukły przyprawiają mnie o dreszcze... Kojarzą mi się z klaunami. :|

Em, to ten. Podobał mi się nocny wypad na cmentarz. Wgl jestem maniaczką cmentarzy i dawniej często szlajaliśmy się po nich nocami ze znajomymi. :P Tyle że zamiast na duchy wpadaliśmy jedynie na zboczeńców, także pod tym względem się Alowi i Maksowi poszczęściło... ;x
Zastanawiam się, jak Jean może być uprzedzona do własnego dziecka. Rozumiem, że przypominał jej o błędzie z przeszłości, ale jednak to jej syn, nieważne, że ojca chciała wymazać z pamięci. Początkową niechęć Maksa jak najbardziej pojmuję, w końcu w żaden sposób nie przyczynił się do powstania małego Lucka, jednak Jean jest jego matką... No ale niech będzie. Widocznie to taki typ, a ja nasłuchałam się zbyt wielu wykładów Cersei Lannister o matczynej miłości. :P
Podobają mi się miny simów, kiedy jeżdżą na motocyklu. Very Happy
I jestem ciekawa dzidziusia Maksa i Jean. Może w końcu spoważnieli na tyle, żeby nie wychować kolejnego siejącego zła i zniszczenia pomiotu. :3


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hipstęł
SimKreator
SimKreator


Dołączył: 02 Kwi 2010
Posty: 2005
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 3/5
Skąd: Trn
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Pon 22:55, 06 Sie 2012    Temat postu:

Cytat:
yle że zamiast na duchy wpadaliśmy jedynie na zboczeńców, także pod tym względem się Alowi i Maksowi poszczęściło...

Hahahahahahah xd

Nie wiem kim jest ta kobieta i o czym opowiadała jednak w tej relacji można przeczytać o relacjach Jean-Lucjusz.
Miny na motocyklu są genialne, szkoda tylko, że u wszystkich simów takie same.



Urodziny Lucjusza nadeszły szybciej niż się spodziewaliśmy. Pochłonięci swoimi codziennymi obowiązkami z trudem zauważaliśmy jak szybko umyka czas. Nie mniej jednak nie można zapominać o tak ważnym dniu, w szczególności, kiedy dziecko kończy rok. Z samego rana Jean odwiedziła miejscową cukiernię i kupiła ogromny tort waniliowy.

A Al i ja wyruszyliśmy na miasto, by zapatrzyć się w wódkę (ostatnio tak jakoś wyszła). Niestety miejscowy komis był jeszcze zamknięty, sprzedawca wyszedł chwilę wcześniej zostawiając przy kasie kartkę z napisem „Zaraz wracam”. W chwili oczekiwania (jakoś po dobrym pół godziny) zapaliłem papierosa i w tym samym momencie do budynku wszedł jakiś starszy facet. Rzucił kąśliwą uwagę na temat tego, że nie należy tu palić i podszedł do kasy.

Oboje ruszyliśmy za nim, kupiliśmy wódkę i zaczęliśmy zastanawiać się nad wyborem wina. Facet stwierdził, że na pierwsze urodziny to najlepiej kupić szampan piccolo. Al zmierzył go wzrokiem i powiedział pod nosem sam do siebie „No, czego ty nam ku*wa nie powiesz”.

Wybraliśmy jeszcze 4 butelki wina i ruszyliśmy do wyjścia, nagle przypomniałem sobie o czymś. W końcu to urodziny, nie można zapomnieć o prezencie. Odwróciłem się i spytałem sprzedawcę czy nie mają czegoś dla maluchów.

Kiedy my zastanawialiśmy się nad prezentem dla Lucka, Jean brała udział w miejscowych zawodach sportowych. Chcąc pokazać, że dwuletnia przerwa w nie wpłynęła znacząco na jej formę, pokonała grono rywalek.

A następnie przegrała w finale. Wciąż była w formie, jednak w mieście pojawiła się nowa rywalka.
- Niech ja tylko ją znajdę! Zobaczymy, czy pokona mnie poza murami stadionu?!
Na szczęście, kobieta zdążyła już dotrzeć do domu i zakneblować drzwi.

A ja… medytowałem w komisie. Niestety nie mieli żadnych zabawek, kompletnie nie miałem pomysłu, co kupić. Z pomocą przyszedł Al, on nigdy nie zawodził.

Sprezentowaliśmy Lucjuszowi własną maszynę do wyrabianie wina! Kiedy będzie większy sam będzie mógł produkować alkohol, a do tego czasu jego prezentem zajmiemy się my. Nie chcemy przecież żeby dziecko wyrosło na pijaka. Od razu zabrałem się za wyciskanie owoców, a Al czytał na głos „Tajniki wyrabiania bimbru”.

Miałem już dosyć. Wykąpałem się w papce z rozgniecionych winogron i wyszedłem z beki. Nie mogąc wydyszeć z siebie niczego wskazałem palcem na mojego najlepszego kumpla, który… po prostu mnie olał.

Podszedł do maszyny i doszedł do wniosku, że chyba wszystko jest OK. Trzeba tylko coś ustawić i za jakieś pół godzinki nektar bogów będzie szczelnie zamknięty w butelkach. Kilka lat i będzie można go pić (taaa… żeby wytrzymał do przyszłego tygodnia).

Nim skończyliśmy, moim oczą ukazał się coś przerażający widok. Otworzyłem tylko szeroko usta. Wyłaniająca się tuż zza progu postać Jean nie mogła wróżyć niczego dobrego. Tym bardziej, że w naszym ogrodzie zamiast jej kwiatów stała maszyna do produkcji wina… Prezent urodzinowy dla Lucka.

Al najszybciej jak tylko mógł ewakuował się z miejsca zdarzenia. Od czasu pobicia unikał Jean, kiedy tylko mógł, a w sytuacjach takich jak ta, był ostatnią osobą, która stawała na jej drodze. Liczyłem na wybuch wulkanu, a zobaczyłem akt idiotyzmu.

Jean usiadła na trawniku i zaczęła powtarzać jak mantrę „Jestem oazą spokoju… pier***oną oazą spokoju. Jestem spokojna… gniew opuszcza moje ciało… Chyba za chwilę kogoś zabiję”. Po usłyszeniu kwestii wziąłem przykład z Ala. Nogi za pas i jak najszybciej do domu.

Wieczorem, zostaliśmy uraczeni „przepyszną kolacją” (groźba śmierci wciąż wisiała nad naszymi głowami). Następnie przyszedł czas na przyjęcie urodzinowe Lucka. Zaszczyt trzymania szkraba w czasie zdmuchiwania świeczek przypadł właśnie mnie (Jean z niewyjaśnionych przyczyn nie chciała tego robić, a Al nie został dopuszczony do dzieciaka).

Z przyjęcia najbardziej cieszył się wujek Al. Jego mały podopieczny obchodził w końcu pierwsze urodziny. Teraz nie będzie się już nim trzeba tak zajmować. Chłopak nauczy się wbijać levele w Bambim i pomoże w wyrywaniu lasek na mieście.

Jean stała na uboczu uważnie się przyglądając. Wszyscy wiedzieli, że kochała Lucjusza, niestety nie umiała tego odpowiednio wyrazić. Jej gesty wobec małego… były chłodne, a jednak pełne matczynej miłości.

Pomogłem bąblowi w zdmuchnięciu świeczek i postanowiłem się napić. W końcu urodziny, to coś, co trzeba opić. W innym razie byłby kolejnym zwykłym dniem… Bo każdy pretekst do picia jest dobry.

Al natychmiast podbiegł do małego i zaczął się z nim bawić. Udawał głodnego godzillę, który atakował malca pazurem. Łaskotał tak długo aż szkrab na swój dziecinny sposób błagał o litość. Wciąż go do siebie przytulał. Tak bardzo lubił dzieci.


Patrząc na tę dwójkę zastanawiałem się, dlaczego nie założył własnej rodziny. Byłby świetnym ojcem. Zawsze wiedział, czego potrzebuje Lucjusz, jak się nim zająć, i co zrobić by go uspokoić. W roli rodzica spisałby się zdecydowanie lepiej niż Jean i ja… Mimo tego, że każdego dnia staraliśmy się jak tylko mogliśmy. Nie szło nam jednak najlepiej.

Siedziałem na kanapie i patrzyłem pustym wzrokiem w telewizor, słuchałem, co dzieje się z moimi plecami. W głosie Ala słychać było radość. Zacząłem zastanawiać się jak to możliwe, że tak bardzo lubił dzieci, a nie miał własnego.

Gdy po chwili ciszy odwróciłem się, by zobaczyć, co robią zobaczyłem Lucjana siedzącego w krzesełku dla dzieci. Alejandro właśnie kończył go karmić.

Zaproponowałem mu szklankę wódki (kieliszek jest dla mięczaków). Przez pewien czas opierał się na rzecz zabawi z bąblem.

Jednak alkoholowi mówi się tylko „NIE odmówię”. Po chwili siedzieliśmy przy blacie popijając drinki (100% spirytus, żeby niczego nie popsuć). Rozmawialiśmy o tym jak szybko minęły ostatnie dwa lata. Czas leciał, a wspomnienia pozostawały tak wyraźne. Mimo sporej ilości wódy pamiętam jak poznałem Ala.

W czasie pogawędki wtrąciłem również kilka zdań o dzieciach. Spytałem czy mój najlepszy ziomek nigdy nie zastanawiał się nad własnym. W końcu szkraby są tak cholernie rozkoszne. Ten jednak spojrzał na mnie, po czym odwrócił wzroki i powiedział, że nie chce o tym rozmawiać.

Kiedy ja próbowałem zdobyć jakiekolwiek informacje na temat wcześniejszego życia Alejandro (uświadomiłem sobie, że tak naprawdę, nie bardzo mało o nim wiem), Jean bawiła się z malcem. Po zmianie grupy wiekowej chłopca okazywanie uczuć przychodziło jej z znacznie większą łatwością niż kiedykolwiek wcześniej.

Dotąd zajmowała się nim, tylko, gdy Ala nie było w domu. Czasy się jednak zmieniły. Jean robiła z Luckiem wszystko, co tylko mogła. Uczyła go grać na cymbałkach (jego prezencie urodzinowym), ćwiczyła wraz z nim sim-fu (na tej obrzydliwej szmaciance od wujka Zdzicha).

A ja korzystając z tego, że miałem chwilę wolnego i Jean nie patrzy mi na ręce, postanowiłem zapalić. W towarzystwie małego ograniczałem uzależnienie, jednak głód nikotynowy nie dawał za wygraną.

Niestety nim skończyłem, musiałem zgasić fajkę. Jean zeszła z małym do dużego pokoju, żeby pokazać jak błyskotliwy jest Lucek i czego się już nauczył, a właściwie dopiero nauczy. Szybko mu to jednak pójdzie, jest mądry, jak mamusia.

Razem z Alem postanowiliśmy wbić kilka kolejnych poziomów (ta gra chyba nigdy się nie kończyła). Jean poprosiła żebyśmy w międzyczasie zajęli się chwilę małym, po czym poszła wykonać telefon służbowy (fanki nie mogły się już doczekać kolejnej części sagi).

Gdy się odwróciliśmy, by sprawdzić, co dzieje się z malcem, ten zamiast próbować rozwalić tę paskudną zabawkę, tulił ją do siebie. Gdyby Jean to widziała, równie dobrze mógłby sie zacząć tulić do naszych wnętrzności .

Postanowiłem, że mały zagra z nami w „Ostatnią podróż Mufasy”, Al nie był zachwycony propozycją. Powiedział, że dzieci nie powinny oglądać tak brutalnych scen jak śmierć lwa. On na to nie pozwoli.

W czasie, gdy ja grałem na konsoli, on zabrał bąbla do ogródka. Zafundował mu kosmiczną przygodę (na statku piratów). Nie potrafię jednak powiedzieć, komu sprawiło to większą frajdę. Lucjuszowi czy zajmującemu się nim wujkowi Alowi.




Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Matryoshka



Dołączył: 23 Lip 2012
Posty: 95
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Paris, France
Płeć: Dziewczyna

PostWysłany: Pon 23:32, 06 Sie 2012    Temat postu:

Cytat:
Nie wiem kim jest ta kobieta


Cersei, z Gry o tron :| Fajna postać, no.
Cieszę się, że Jean pozbyła się już tego chłodu w relacji z Luckiem. Przyjemnie się czyta o jej matczynej miłości i zaangażowaniu w wychowanie małego.
Al pewnie nie może mieć dzieci! Albo ma, ale ich matka nie pozwala mu się z nimi widywać. Czy coś takiego. :P W każdym razie, pewnie fajnie jest mieć takiego wujka. Na brak okazywanych mu uczuć maluch nie może narzekać, co na pewno wyjdzie mu na dobre. ^^
I chcę dzieciaka Maksa i Jean... Mają sobie zrobić i koniec. :P


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Arisu



Dołączył: 14 Sie 2010
Posty: 353
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Dziura w okolicach Gdańska
Płeć: Dziewczyna

PostWysłany: Pon 23:50, 06 Sie 2012    Temat postu:

Kurczę, od początku lubiłam tego Ala i coraz bardziej mam za co ;p. Cośtam miał w tej przeszłości i szkoda go. A Jean i Maks... dobrze, że do siebie wrócili, ale kolejne dziecko to im niepotrzebne. Al nie da rady wychować dwójki, a na rodziców nie ma co liczyć. Lucek ma świetną fryzurę, do tego ten kolor Czyli jednak Maks idzie w ślady tatusia, zaludnia miasto. Powoli bo powoli, ale zawsze. A Jean też nieźle, nie ma co, warci są siebie.
A tak poza wszystkim, to nie potrafię zrozumieć, jak może Ci się przyjemnie pisać o tych uzależnieniach, kacach i całej reszcie. Mówię to raczej w charakterze pozytywnym, bo ja bym się chyba zaraz zraziła...
Tak czy inaczej, wyczekuję kolejnej relacji ^^


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mâttéo.
Moderator
Moderator


Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 1024
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Mazowsze
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Wto 13:24, 07 Sie 2012    Temat postu:

Tak więęęc... czekam na kolejna relację. ^^

ej, czemu Al nie ma swoich dzieci? Może jest bezpłodny.. albo jest gejem. Adoptuj mu dzieciorka. ;P Nadal go nie lubię... xd

Moja ukochana Jean zaczyna mnie przerażać.. to zabawne Very Happy Ten terror w ich domu, kocham. <3


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hipstęł
SimKreator
SimKreator


Dołączył: 02 Kwi 2010
Posty: 2005
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 3/5
Skąd: Trn
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Wto 16:05, 07 Sie 2012    Temat postu:

Matryoshka,
cieszę się, że przyjemnie się czytało.
O Alu dowiecie się w odpowiednim czasie. Jak na razie to tajemnica.
Jean i Maks w najbliższym czasie nie będą mieli dzieciaka, mam materiał na kolejnych parę relacji i na nic takiego się nie zanosi.
Arisu,
Tak naprawdę nie było innej opcji niż ponowne zejście się Maksa i Jean. Nikt nie potrafił sobie wyobrazić tej pary osobno.
Zaludnia miasto, jak na razie ma jedno dziecko xd
Matt,
Cytat:
.. albo jest gejem.

Mat, nie zapominaj, że to moja gra.
Terror... Jesteś sadystą większym niż ja.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hipstęł
SimKreator
SimKreator


Dołączył: 02 Kwi 2010
Posty: 2005
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 3/5
Skąd: Trn
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Wto 22:59, 07 Sie 2012    Temat postu:

W przeciągu kolejnych kilku miesięcy wszyscy uzależniliśmy się od fajek. Za wszelką cenę próbowaliśmy unikać palenia w obecności małego. Pokój Ala ewoluował ze zwykłej sypialni w palarnię. Powietrze… nie tam już nie było powietrza tylko dym nikotynowy.

U nas, wszystko było po staremu. Ten dzień nie różniłby się niczym od pozostałych, gdyby nie fakt, iż postanowiłem odwiedzić swojego synka, Denisa. Chłopiec przyszedł na świat kilka miesięcy temu, a jego jakże inteligentna mamusia stwierdziła, że dostanie imię po najpiękniejszej kobiecie chodzącej po tym świecie (co ja w niej wtedy widziałem…).

Ranek, Jean przesiedziała w swoim gabinecie. Przejrzała całą kolekcje książek, po czym usiadła do komputera i zaczęła dalej pisać. Okazało się, że w jej zbiorze brakuje powieści o wilkołakach, jak mogła pozwolić sobie na takie niedopatrzenie. Ach ta wspaniała psia miłość.

Bąbel bawił się w swojej skrzyni z zabawkami. Uwielbiał przesiadywać w jej wnętrzu. Chłopiec nie mógł wyjąć zabawki jak każde inne dziecko. Musiał wejść do środka, upewnić się, że nikt go nie podgląda i dopiero wtedy zaczynał zabawę.

Na to nie mógł jednak pozwolić ostatnimi czasy trochę nadopiekuńczy wujek Al. Stwierdził, że malec może zrobić sobie krzywdę. Nie daj boże rozbije głowę i będzie trzeba go zawieźć do szpitala. Zamknął, więc skrzynkę i postawił ją na szafę, gdzie mały nie mógł dosięgnąć. Sam za to usiadł do komputera i zaczął wyrywać panienki na czacie.

Wraz z Jean postanowiłem zjeść na mieście, ostatnio oboje nie mieliśmy dla siebie zbyt wiele czasu. W prawdzie Alejandro miał iść tego dnia do pracy (znalazł tymczasowo robotę w SPA), jednak nie mógł pozwolić na to, by jakaś niekompetentna niania zajmowała się jego maluchem. Wziął telefon do ręki, po czym wykręcił numer do szefa i poprosił o wolne.

Oboje… byliśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się wyjść razem. Przez poprzednie dni kompletnie nie mieliśmy dla siebie czasu. Pochłonęła nas praca. Jean każdą chwilę spędzała pisząc, a ja próbując za wszelką cenę uniknąć spojrzenia na moją piękną (tak, że chce się rzygać) współprowadzącą.

Gdy my jedliśmy pyszne gofry (przy tym, co serwowała nam Jean wszystko było pyszne) w miejscowej restauracji. Lucjusz molestował wujka Ala. Mój najlepszy kumpel nie mało natrudził się, by ściągnąć malca ze statku piratów (w zamian musiał obiecać mu wyjście na lody).


W pewnym momencie podszedł do mnie starszy mężczyzna. Spytał czy pamiętam naszego wspaniałego, dawnego prezydenta. Tak, to on. Adam Klipsiewicz we własnej osobie. Powiedział, że mam się napatrzeć, bo kogoś tak dżinialnego nie zobaczę już nigdy w życiu. A tak po za tym, to chyba znał mojego ojca.

Między nas wbiegła jakaś kobieta. Przeprosiła za zachowanie ojca, tłumacząc, że boryka się on z problemami natury psychicznej. Właśnie wybierali się na wizytę do psychiatry. A tak poza tym to ma na imię Marlene.

Na reakcję Jean nie trzeba było długo czekać (od kiedy wróciliśmy do siebie była strasznie zazdrosna, o wszystko, co robiłem). Rzuciła się w stronę dziewczyny, krzycząc, że ma trzymać ręce z dala od jej narzeczonego, bo jej nogi z dupy powyrywa. Zacząłem się śmiać.

Nie chcąc dodatkowo denerwować mojej kochanej narzeczonej (która przez ostatnie dni… chodziła wyraźnie zdenerwowana) poszedłem odwiedzić Denise nie mówiąc jej o tym. Niestety, kiedy dotarłem na miejsce, w domu nikogo nie było.

Nie chciałem czekać zbyt długo, wyjąłem telefon z kieszeni i wybrałem numer swojej byłej. „Tu Denise, a właściwie moja automatyczna sekretarka, po sygnale nagraj wiadomość. Przypominam jednak, że od dwóch miesięcy nie oferuję już oferty „seks telefon””.

No to sobie trochę poczekam. W między czasie chciałem zapalić papieroska, jednak nagle pojawiła się Denise. Szczerze mówiąc nie byłem ani trochę zdziwiony, zawsze, gdy odpalałem fajkę pojawiał się ktoś, na kogo akurat czekałem lub kogo nieobecność wykorzystywałem do palenia.

Postanowiłem dopalić i poszedłem na górę. Denise siedziała na podłodze i grała w grę na nowym, plazmowym telewizorze. Ze zdziwieniem zapytałem, co stało się z kanapą. Przegrała ją w karty. Zapytałem, więc gdzie jest Denis. Sama tego nie wiedziała, zostawiła chłopca, po czym wyszła na miasto się zabawić.

Pokłóciliśmy się. Ta dziwka zarzucała mi, że nie przejmuje się własnym synem. Przed drzwiami zebrali się wszyscy sąsiedzi, krzyczeliśmy najgłośniej jak umieliśmy. Dostałem w twarz, za bycie debilem, który zrobił jej dzieciaka i ma wszystko w dupie. Usłyszałem, że mam zabierać swoją pieprzoną dupę z jej mieszkania i żebym nie zapomniał o małym.

Obszedłem wszystkie pokoje w mieszkaniu (aż2), mały siedział przestraszony pod łóżkiem. Wziąłem go na ręce i zaniosłem do naszego do mu, po czym powiedziałem głośno „Od teraz mieszkasz tutaj”. Malec wtulił się w moje ubrania i nie chciał puszczać, tak jakby bał się, że znów wróci do matki.

Zabrałem go do pokoju Lucjusza i wsadziłem do kołyski (którą swoją drogą, wlokłem przez pół miasta, ludzie patrzyli na mnie jak debila). Bąbel nie chciał jednak spać. Po wsadzeniu do kołyski od razu nabrał energii.

Zastanowiłem się chwilę nad tym, co możemy razem porobić. Co Lucjusz lubił w naszym domu najbardziej? Zdecydowanie „kosmiczne” przejażdżki statkiem piratów, Denisowi również przypadły one do gustu. Miałem nie mały problem ze zdjęcie go z sprężynowej zabawki.

Mały wyglądał na wyraźnie głodnego. Postanowiłem go nakarmić, niestety jedyną rzeczą, jaką znalazłem była paczka płatków kukurydzianych i stare mleko poszedłem, więc do pokoju Ala żeby zapytać gdzie trzyma żarcie dla dzieci.

Spytał jak to możliwe Lucjusz już zgłodniał. Przecież chwilę temu jadł kolację, dopiero, co położył go do łóżka. Był pewien, że już śpi. Nie zastanawiając się jednak dłużej, wyszedł z pokoju i ruszył w kierunku kuchni. Kiedy spostrzegł, to małego, tylko zapytał „Co tu się ku*wa dzieje?”.

Zacząłem opowiadać mu historię minionego dnia, a on w między czasie zaczął bawić się z bąblem.
- Stary, jakie wy macie szczęście. Dzieciaki są takie zaje*iście słodkie.

Wtedy zobaczyłem schodzącą po schodach Jean. Jej mina, wprawdzie nie była przerażająca, ale spojrzenie mówiło wszystko.

Początkowo nie mogła zrozumieć, dlaczego przygarnąłem szkraba. Jednak po małej (ogromnej) kłótni doszła do wniosku, że to moja sprawa, ona mu pieluch nie będzie zmieniała. Po za tym jest dużo brzydszy od Lucjusza i śmierdzi (oczywiście to Denis był lepszym „dzieckiem”, w końcu to mój syn).

Po sprzeczce Jean zajrzała do lodówki (w ten sposób odreagowywała stres, to zaskakujące, że nigdy się nie spasła), a ja sięgnąłem po papierosa. Moja ukochana nie musiała nawet patrzeć żeby wiedzieć, co robie. „Od dzisiaj koniec z papierosami. Wszyscy. Teraz mamy dwójkę dzieciaków na wychowaniu. Dzieci od tego głupieją. Ostatnio miałam problem z nauczeniem małego tabliczki mnożenia do 1000”.

W tym samym czasie Al zabrał malca do swojego pokoju. Naszej domowej palarni, po czym sam zapalił fajkę. Chyba wyczuwał, że to jedyna szansa, kolejna może się już nie natrafić. Denis wcale nie krzywił się w pokoju Alejandro. Mieszkając z Denise musiał przywyknąć do dymu i ostro zakrapianych imprez.

Brak nikotyny wpływał negatywnie na nas wszystkich. Jean zaczęła gotować, doskonale wiedziała, że nie potrafi tego robić... Niepotrzebnie dodatkowo się denerwowała. Nie chciałem jej już zwracać uwagi, jej stan był ciężki, mogłem przypłacić to życiem.

Sam zacząłem ćwiczyć przy naszej domowej wierzy. Idealny sposób na obudzenie wszystkich sąsiadów. Już po chwili zmuszeni zostaliśmy do odłączenia telefonu, na który wciąż wpływały nowe skargi, dotyczące zakłócania ciszy nocnej.

Al (jedyna osoba, która tak naprawdę, nie była uzależniona) zajął się chłopcami. Wiedział, że dla bezpieczeństwa szkrabów nie należy do nich dopuszczać rodziców. Sam oczywiście świetnie się przy tym bawił. Razem budowali zamki z klocków i bawili się lalkami.

A ja odreagowywałem grając w Toniego Howka. Rozwaliłem klawiaturę. Bez nikotyny byłem zdolny tylko do destrukcji.

Maluchy świetnie się dogadywały. Lucjusz szybko nauczył „nowego” jak należy traktować lalki. „Gryziesz, walisz o ziemię, urywasz głowę i płaczesz. Kapujesz?”. Wiedzieli, co zrobić, by wujek Al był na każde ich zachowanie.

Z samego rana, Jean zaczęła wymiotować. Zestawienie porannych nudności, które dręczyły ją od kilku dni i ciągle zżerającego stresu nie oznaczało niczego dobrego. Niestety najsensowniejszym wytłumaczeniem była ciąża, a jak na razie dwójka dzieciaków zdecydowanie nam wystarczała.



Ej, piszcie trochę więcej, na stronie jest 15 postów, ten jest dopiero 9. Będzie problem z wczytywaniem jak na stronie pojawią się cztery relacje (4x40 = 160 zdjęć do wczytania).


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mâttéo.
Moderator
Moderator


Dołączył: 05 Kwi 2010
Posty: 1024
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Mazowsze
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Śro 22:48, 08 Sie 2012    Temat postu:

Będzie trzeci dzidziuś? :hamster_beautiful:


Bardzo fajnie, że wszyscy rzucili nikotynę. Jakby jeszcze Al z Maksem przestali chlać wódę, byłoby całkiem ok. Nie lubię Ala (powtarzam to wszędzie xd), i dobrze mu tak iż musi opiekować się dzieciakami, z drugiej strony to nawet szlachetne, a zwłaszcza wtedy, kiedy Jean i Maks mają odciętą drogę do papierosów. Podoba mi się, że do relacji wtoczyłeś Adasia (szpital? psychiatryczny? wtf). Jeśli ta dziewczyna obok niego to jego córka, to... nie dorównuje Martynie i Magdzie (czyt. jest bardzo brzydka).
Widzę , że powróciłeś Denise do dziffkarskiego stylu! Brawo. xd

Chcę nową relacje, ich ślubu, wyprowadzki Ala, przeprowadzki do Twin i nowego dzieciorka - tylko żeby miał super imię! (a może wreszcie DZIEWCZYNKA, hm? to by było niezłe Very Happy).

Wink


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Caddy
Administratorka
Administratorka


Dołączył: 03 Kwi 2010
Posty: 4108
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Zachodniopomorskie
Płeć: Dziewczyna

PostWysłany: Czw 0:04, 09 Sie 2012    Temat postu:

Nadal w dziwny sposób lubię twoje relacje, ale coraz bardziej brakuje mi w nich realizmu. I czegoś na kształt stabilności, nawet jeśli byłaby to tylko jedna jedyna osoba w miarę normalna, zakładając, że coś takiego jak norma w ogóle istnieje. Wiesz, bo to wszystko (mam na myśli klimat itd.) zdaje się chwiać na wietrze, ogromne "coś" na bardzo niestabilnej podstawie. Nie potrafiłam inaczej tego ująć, po prostu mam wrażenie, że wszystko zbliża ku końcowi, jakby ziemia zapadała się pod tymi simami, zwiastując ich zniknięcie.
Yhm, sorka, trochę mnie poniosło.

Cytat:
Wszyscy się starzeliśmy. Życie było jedną wielką niewiadomą, która zawsze zmierzała ku śmierci.
Czas leciał. Nie dało się tego w żaden sposób zatrzymać. Wszystko wokół nas przemijało.

Z wodzem stwierdziliśmy, że "jestę pisarzę". Very Happy

Cytat:
Jej gesty wobec małego… były chłodne, a jednak pełne matczynej miłości.

Paradoks...

[link widoczny dla zalogowanych]
Ma zadatki na słodkiego bisza. Very Happy

Cytat:
Za wszelką cenę próbowaliśmy unikać palenia w obecności małego.

No to szybko się ogarnęli, wcześniej paląc z niemowlakiem na rękach. :P

Cytat:
Dostałem w twarz, za bycie debilem, który zrobił jej dzieciaka i ma wszystko w dupie.

Z tego co pamiętam to ona odstawiła tabletki żeby mieć z nim dziecko (nie mówiąc o tym Andy'emu, to znaczy Maksowi)...

O rany, kolejny dzieciak, a może nawet więcej niż jedno... naprawdę nie mam pojęcia co ty planujesz. Jak dla mnie to najlepszym rozwiązaniem byłoby zabranie ich do rodziny zastępczej, a całą tą trójkę wysłać na odwyk z opieką psychologiczną, żeby wyplenić całą tą patologię. Ale i tak "podoba mi się" obecny stan rzeczy, jeśli tak to mogę w ogóle nazwać... No wiesz, jak napisałam wcześniej - "balansowanie na krawędzi", i tak, tylko balansowanie, bo nie są do szpiku kości źli.

Nie wierzę, że przeczytałam to wszystko za jednym razem. :P I tym samym potraktuję to jako usprawiedliwienie, by zbytnio nie wchodzić w szczegóły w komentarzu (bo jeszcze skończy się tak jak pierwszy akapit w tym komentarzu ;p).


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Matryoshka



Dołączył: 23 Lip 2012
Posty: 95
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Paris, France
Płeć: Dziewczyna

PostWysłany: Czw 1:40, 09 Sie 2012    Temat postu:

Nie wiem, jak zachowałabym się na miejscu Jean, gdybym zastała pod swoim dachem syna kobiety, z którą zdradził mnie mój facet. To znaczy, o ile bym do niego wróciła. Trudno mi się postawić w jej sytuacji. Wiem na pewno, że nie byłabym zadowolona z takiego obrotu spraw (dyplomatyczna odpowiedź). W ogóle jaaaakim cudem oni jeszcze ze sobą są? Zaczęłam się nad tym zastanawiać (bo kiedy dochodzi 2 w nocy bierze mnie na przemyślenia). Wydaje mi się, że po prostu do siebie przywykli i uzależnili się od siebie (nie w ten "rhomantyczny" sposób, tylko bardziej... no, nie umiem tego wytłumaczyć, mam nadzieję, że wiesz o co mi chodzi Very Happy). Al dobrze się sprawuje w roli niańki. Tym lepiej dla dzieci, że mają kogoś, kto wykazuje się większą odpowiedzialnością niż Jean i Maks. Nieważne, czy robi to z dobroci serca, czy ma swoje osobiste powody- liczy się komfort maluchów. Względny komfort. Very Happy
Nie wycisnę z siebie dzisiaj nic więcej. Wracam umierać dalej, ciekawość mnie jednak zżera, co los zgotował Alejandrrrrrro, że tak lgnie do dzieci (bez skojarzeń). Very Happy


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Hipstęł
SimKreator
SimKreator


Dołączył: 02 Kwi 2010
Posty: 2005
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 3/5
Skąd: Trn
Płeć: Chłopak

PostWysłany: Czw 23:28, 09 Sie 2012    Temat postu:

Mat,
Cytat:
Będzie trzeci dzidziuś?

No!
wiem, Adam i Bianka mają brzydkie dzieci.
Będzie ślub, za 5 relacji xd
Cyc,
dziękuję za wyczerpujący komentarz xd
Kto by dbał o realizm, ważna jest akcja!
Dajcie mi rangę "jestę pisarzę", nie pogardzę. Hahahhaha.
Tak, Denise jest głupia.
Matryoshka
Maks i Jean są razem, bo po zerwaniu dostałem pogróżki na szołtboxie
Al pedofil xd


Dzieciaki umiały wykończyć każdego. Kiedy zasnęły padaliśmy tam, gdzie aktualnie się znajdowaliśmy. Fakt, że Al spał w naszej sypialni nie był niczym nadzwyczajnym, Jean najczęściej zasypiała na klawiaturze komputera, pisząc kolejną książkę, a ja zazwyczaj leciałem na twarz w salonie.

Lucjusz i Denis świetnie się dogadywali. Ta dwójka była tak zgrana jak żadne inne rodzeństwo na świecie. Nigdy się nie bili i nie kłócili o zabawki. Często dołączałem do ich zabaw i przyznam, że byłem zafascynowany światem maluchów. Dzieci były mądrzejsze niż nam dorosłym się wydawało.

Ze względu na nieprzechodzące w ostatnim czasie objawy ciąży Jean postanowiła odwiedzić miejscowy szpital. Lekarz stwierdził, że nie ma, czym się martwić, to tylko zatrucie pokarmowe i w przeciągu kolejnych kilku dni wszystko powinno wrócić do normy. Na szczęście, tak też się stało.

Mimo faktu, iż chłopcy byli ze sobą bardzo blisko. Pudełko z zabawkami dalej zostawało własnością Lucka, tylko on mógł się bawić w jego wnętrzu wynurzając się, co chwilę i pokazując bratu coraz to nową zabawkę (to zdjęcie zostało wykonanie zanim Alejandro wpadł w panikę i ponownie wstawił skrzynkę na szafę).

Pomimo początkowych zapowiedzi, Jean przekonała się do Denisa i pokochała go jak własnego syna (początki nie były łatwe). Miałem szczęście, w naszym domu to ona przewijała dzieciaki, Al i ja nie chcieliśmy mieć z tym niczego wspólnego. Gdyby moja ukochana wprowadziła swoje niecne zamierzenia w życie, siedzielibyśmy do pasa w gównie (dosłownie i w przenośni).

Jean… była specyficzną matką. Zawsze powtarzała, że jej dzieci są najmądrzejsze pod słońcem (jednak Lucjusz, rzekomo był mądrzejszy od Denisa, kpina). Od najmłodszych lat uczyła ich tabliczki mnożenia, ja nie chcąc, żeby dzieci wyrosły na ciocie:) czytałem im „Bądź jak Pudzian: instruktaż ćwiczeń”.

Przytłoczeni wielkimi porażkami kulinarnymi Jean musieliśmy wybrać nowego kucharza domu. Al w każdej wolnej chwili zajmował się dzieciakami, Jean nie wchodziła w grę, Lucjusz i Denis niezbyt się do tego rwali. Ta fucha przypadła mnie. Od tego czasu po powrocie z pracy wręcz zasypiałem na kuchence.

Pewnego wieczora usiedliśmy by zagrać w Bambi. Tak dawno nie miałem na to czasu. Praca, kawa, obiad, dzieciaki, reportaże, kawa, dzieciaki, praca… Najważniejsze było jednak to, że nie wyszedłem z wprawy. Byłem niekwestionowanym mistrzem Bambiego.

W czasie, gdy my wbijaliśmy levele Jean użerała się z chłopcami. Zeszła na dół i powiedziała, że ktoś ma iść się nimi zająć (patrzyła na mnie), bo ona nie wytrzyma i zaraz rzuci jednym z dzieciaków o ścianę. A tak po za tym jutro jest niedziela, może urządzimy sobie taki fajny, rodzinny dzień (chciała się lansić tym, że Lucjusz umiał już chodzić).

Poszedłem na górę i przeczytałem chłopcom (a właściwie Luckowi, bo Denis już spał) coś o kolorowych warzywach. Po przyznaniu się do tego Jean, ta wpadła w furię, zaczęła krzyczeć, że ona uczy mojego dzieciaka tabliczki mnożenia do tysiąca, a ja czytam jej synkowi książkę o niebieskich burakach. Mi się podobała.

Późnym wieczorem Al z niepokojem czytał gazetę, z rozmów z nim udało mi się wywnioskować, że ostatnimi czasy coraz więcej jego znajomych decydowało się na opuszczenie tego świata, długo myślałem się jak to możliwe, że zna tylu staruszków, ale kiedy dowiedziałem się ile ma lat… Trzyma się gość, trzeba przyznać.

Przed naszym wymarzonym niedzielnym porankiem w ogrodzie, nic nie szło tak jak powinno. Chłopcy zamiast spać nocą, szaleli, trzeba było ich najpierw nakarmić resztką naleśników z szatkownicy (której dźwięk obudził cały dom).

A następnie zabrać na kosmiczną przejażdżkę statkiem piratów. Było ciężko. Nie tak, jak to sobie wyobrażaliśmy. Chociaż tej jednej pieprzonej nocy mogli spać.

Wieczorem Alejandro znalazł w necie stronę pomagającym starym ludziom. Dobroczyńcy wysyłali pieniądze, które przeznaczone były na owoce życia, przedłużające życie staruszków. Wstał o 5 rano, by przeznaczyć forsę na ten jakże szczytny cel i mieć pewność, że nikt jej nie gwizdnie.

Dzień w ogrodzie mijał wyśmienicie. Al pluskał się w wodzie ze starego spryskiwacza. Lucjusz siedział w piaskownicy i zajadał się piachem (z robakami), a ja uczyłem Denisa mówić. Kiedy już umiał mówić „tata” i „wujku, chce lowel” zabrałem się za coś równie ważnego.
- Powiedz cyyycki.
- Ciiickyyy.

A Jean… siedziała na bujaczce jak forever alone. Chciała bawić się na niej z Luckiem, ale ten stwierdził, że wygrzebywanie robaków w piaskownicy jest ciekawcze. Przecież później można je zjeść, a one mają dużo białka i będzie silny jak tata.

W pewnej chwili do naszego ogródka wkradł się fotoreporter. Kilka zdjęć z naszego rodzinnego popołudnia znalazło się w kolejnym wydaniu gazety, a na biurko prezydenta miasta trafił pozew o naruszenie prywatności.

Z założenia dzień ten był dniem wolnym dla Alejandro. Mój najlepszy kumpel zajmował się naszymi dzieciakami przez cały tydzień. Zasługiwał w końcu na chwile odpoczynku. Stwierdził jednak, że nie skorzysta z tego przywileju (na nasze szczęście). Pobawił się chwilę z chłopcami. A następnie zmienił zdanie i poszedł spać.

Jean wciąż była samotna. Usiadła na kocu i uznała, że miłością darzy ją w tej chwili tylko jedzenie. Zaczęła wcinać czekoladowe babeczki, owoce i tort waniliowy. Przy okazji opróżniła przyniesioną z domu butelkę coca-coli, co zaowocowało zdobyciem kilku dodatkowych kilogramów.

Pożywienie szybko zniknęło (miłość tak prędko odchodzi). Jean zaczęła się oglądać wokół siebie, ale (na szczęście) nie znalazła już niczego do jedzenia. Al wciąż spał, a ja uczyłem Denisa mówić. Przeszliśmy do zwrotów. „Dobra dupa”.

Lucjusz zmuszony został do wybrania się z mamusią w kosmiczną podróż. Płacz niczego nie dawał, Jean nie miała zajęcia i jakoś musiała wypełnić swój czas. Jedzenie robaków musiało zaczekać, przyszedł czas na podbój obcych galaktyk.

Tego popołudnia Denis nauczył się mówić (zdolny za tatusiem) i rozpoczął naukę chodzenia. Bąbel wyjątkowo szybko wszystko chwytał, można powiedzieć, że był geniuszem. Jak widać tylko kolor włosów odziedziczył po matce.

Kiedy przyszedł wieczór i wszyscy zaczęli zbierać się do domu, Al doznał oświecenia. „Ale to już koniec. Ku*wa. Naprawdę tak długo spałem?”. Tak, odespał za wszystkie czas. Teraz przez kolejny tydzień będziemy mogli bezkarnie wykorzystywać go do opieki na chłopcami.

Korzystając z tego, że mój syn (nie bójmy się mówić) był genialny (lans). Zacząłem sadzać go na mały nocniczek dla dzieci. Dzieciak Jean będzie dalej sikał w gacie i paplał bzdury, a Denis będzie geniuszem, jak widać to ja wygrałem tamto rozstanie (istnieje teoria wg, której każde rozstanie wygrywa osoba, której wiedzie się lepiej niż ex, fajna jest).

Ten dzień nie był jednak idealny. Zakończył się wręcz tragicznie. Około 19 dostałem telefon od Eryka, Marshall postanowił nas opuścić. Nie rozumiałem jak mógł zrobić to swoim najlepszym kumplom. Myślałem, że miał jeszcze czas, starość wykończyła go jednak z dnia na dzień.

Zebraliśmy się razem w dużym pokoju, by o tym porozmawiać. Jean i Alejandro nie byli blisko z Marshallem, ale po śmierci relacje nie są ważne. Jednogłośnie postanowiliśmy wybrać się na cmentarz następnego dnia.

Tamtej nocy nie mogłem spać. Prócz ojca, nigdy nie odszedł ktoś tak bliski mojemu sercu. Znałem Marshalla od kilkunastu lat. Spotkaliśmy się pewnego dnia na dworcu kolejowym, oboje byliśmy piani i sikaliśmy na tę samą ścianę… Tak zaczęła się nasza przyjaźń.

Nie powstrzymywaliśmy się od łez. Mój przyjaciel był wspaniałym towarzyszem do picia, umiał jednak zapanować nad całą sytuacją, to on ogarniał wszystkich dookoła. Co my bez niego zrobimy. Kto będzie nas pilnował, gdy się upijemy…

Umieralność w naszym mieście gwałtownie wzrosła, każdego dnia ginęła kolejna osoba (dosłownie). Na cmentarzu pojawiła się masa nowych nagrobków, zaczynało brakować miejsca na kolejne. Nikt nie chciał już żyć na tym świecie.

W pewnym momencie Alejandro oddalił się od nas. Powiedział, że musi załatwić pewną sprawę. Zatrzymał się kilkanaście metrów dalej i zaczął płakać na czyimś grobem. Spędził tam chwilę, po czym szybko opuścił cmentarz, by po kilkunastu minutach powrócić z bukietem świeżych róż.

Razem z Jean posiedziałem chwilę przy grobie ojca. Patrząc na to jak krótkie jest życie uświadamiałem sobie, jak bardzo potrzebuję mojej narzeczonej. Zbliżał się czas wyjścia do pracy. Idąc na najbliższą stacje metra zatrzymałem się przy grobie, na którym Al postawił kwiaty „Nicol Monteki. Ogień pochłonął twe ciało, lecz dusza zostanie na wieki. Zawsze kochający Alejandro”. To… było dziwne.

Jean skorzystała z usług oferowanych przez barek znajdujący się przy kostnicy. W końcu mały drink (no może 10) nie zaszkodzi, w domu jest wykwalifikowana (11letnia) opiekunka do dzieci. Na pewno zanim dostała tę robotę zrobiła jakieś kursy (chodziła na kółko artystyczne, umiała rysować pynysy).

Musiałem porozmawiać z Alem. Mieszkał ze mną pod jednym dachem, znałem go od dwóch lat. On o moim życiu mógłby napisać książkę, ja o jego… nie zapełniłbym kartki z zeszytu. Czekając nim mój „najlepszy kumpel” wyjdzie z pracy, uczyłem bąbla chodzić.

Nie chcąc by mi uciekł, czekałem na niego pod Spa. Poszliśmy razem do restauracji na obiad. Po zjedzeniu spaghetti zapytał, jaki jest powód tego wyjścia. Opowiedziałem mu o znalezisku z cmentarza. Al nawet nie chciał tego słuchać.

Wstał z krzesła i już gnał w kierunku parkingu. Złapałem go za rękę i powiedziałem, że jestem jego najlepszym kumplem. Jeśli nie ja, to, kto miał wiedzieć. Alejandro przełknął ślinę i po chwili zaczął opowiadać mi całą historię swojego życia.

„Mając 20 lat wziąłem ślub. Byłem zakochany, myślałem, że wszystko wokół mnie jest idealne. Miałem piękną, kochającą żonę. Wspaniałą posadę. Dom z ogródkiem. Niestety z natury jestem pracoholikiem. Dużo czasu spędzałem w pracy. Nigdy ani mi, ani Nicol to nie przeszkadzało. Pewnego dnia jak grom z jasnego nieba spadła na nas wiadomość, że zostaniemy rodzicami. W przeciwieństwie do wielu młodych par… Oboje byliśmy tym zachwyceni, zawsze chcieliśmy mieć dzieci. Pracowałem jeszcze więcej, aby zarobić na zabawki, chciałem by szkrabowi niczego nie brakowało i pewnego dnia stało się „TO”. Gdy wieczorem wróciłem z pracy na miejscu mojego domu znajdowały się dogaszane przez strażaków zgliszcza. Nicol nie zdążyła uciec… Nie mogłem sobie wybaczyć.. Może gdybym wtedy był w domu wszystko potoczyłoby się inaczej. Mógłbym ich uratować. Straciłem wszystko, dom, rodzinę, zacząłem pić, a później poznałem ciebie.. Tak bardzo przypominałeś mnie po śmierci Nicol.” Nigdy nie widziałem Ala tak załamanego.

Nie liczyłem na taką historię. Przez dłuższą chwilę nie umiałem wypowiedzieć słowa. Nieśmiało zaproponowałem żebyśmy odwiedzili Nicol. Może, jeśli Al o wszystkim jej opowie… Ku*wa. Od tego czasu Jean stała się dla mnie tak cholernie ważna jak nigdy przedtem.

Obok nagrobka było jeszcze jedno miejsce. Nie trudno było domyśleć się, na kogo czekało. Al nie myślał, że pociągnie tak długo po śmierci ukochanej. Nie mógł bez niej żyć. Opowiedzenie całej historii ponownie, przeprosiny Nicol… To niczego nie zdziałało… Al Był załamany. Tęsknił za czymś, czego nie mógł odzyskać.

Wpadłem na genialny pomysł… jego ukochana mogła być znacznie bliżej. Opowiedziałem kumplowi o moim planie, początkowo nie chciał tego słuchać, jednak trzeba przyznać, że było to dość sensowne rozwiązanie.

Gdy nad miastem zaczęło się ściemniać, nagrobek pani Monteki w niewytłumaczonych okolicznościach zniknął z miejscowego cmentarza. Dla zachowania pozorów oboje poszliśmy w przeciwnych kierunkach (jak na filmach), tak jakbyśmy nigdy, o niczym, nie wiedzieli.

Po powrocie do domu zastałem Jean gadającą przez telefon. Wciąż powtarzała, że bardzo się cieszy. Jest zachwycona, że dostała taką szansę. Oczywiście, że nie zrezygnuje. To wspaniale. Tak, tak, jeśli wszystko pójdzie według planu może być nawet przyszły tydzień.

Nie przejmowałem się rozmowami służbowymi mojej ukochanej. Nie miały one dla mnie większego sensu, nie znałem się na tych wszystkich książkach. Podszedłem do lustra i zmęczony minionym dniem zacząłem się przeglądać. Nagle usłyszałem zza pleców głos Jean „Maks, musimy poważnie porozmawiać. Od tego… zależy… dosłownie wszystko.”


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Matryoshka



Dołączył: 23 Lip 2012
Posty: 95
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Paris, France
Płeć: Dziewczyna

PostWysłany: Pią 12:16, 10 Sie 2012    Temat postu:

Podobała mi się ta relacja. Nie, żeby inne mi się nie podobały, ale ta szczególnie. Very Happy
Życie Jean, Maksa i Ala w końcu zaczęło przypominać sielankę (w ich wykonaniu). Mieli siebie nawzajem, dwójkę uroczych dzieciaków, dobre prace, darmową niańkę... Very Happy Rodzinna niedziela była bardzo sympatyczna.
Cytat:
Lucjusz siedział w piaskownicy i zajadał się piachem (z robakami)

Też wpieprzałam piasek z piaskownicy, jak byłam mała... Tyle że bez robaków (tak myślę). Jedzenie piasku to jedno z moich najwcześniejszych wspomnień, widać mam z Luckiem coś wspólnego. xd
Nie chcę, żeby Pedo-Al się zestarzał. ;c Jak będzie stary, to jemu samemu przyda się niańka. Kto się wtedy zajmie dzieciakami?
Historia jego życia... no, tragiczna. Aż dziw bierze, że się po tym pozbierał. Niepotrzebnie się jednak obwiniał przez tyle lat.
Bierz się migiem za następną relację, bo z każdą kolejną robi się ciekawiej. ;>


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Caddy
Administratorka
Administratorka


Dołączył: 03 Kwi 2010
Posty: 4108
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Zachodniopomorskie
Płeć: Dziewczyna

PostWysłany: Pią 13:03, 10 Sie 2012    Temat postu:

Cytat:
Dajcie mi rangę "jestę pisarzę", nie pogardzę. Hahahhaha.

Zdajesz sobie sprawę, że wtedy nie będziesz miał Sim Kreatora?


Na tym screenie Billie wygląda jak niedźwiedzica z Madagaskaru:


Totalnie nie pamiętam kim był ten cały Marshall...

Po twoich relacjach zrozumiałam, że chyba nie bardzo lubisz moje długie, dość szczegółowe i pracochłonne komentarze, więc będą ogólnikowe, takie jak ten. Hm, relacja była w porządku, znasz moje zdanie na temat fabuły z poprzedniego komentarza. Andy, to znaczy Maks... cieszę się, że jako dorosły nadal będzie miał tę gejowską fryzurę. Very Happy Nie wczytuje się w mojej grze, więc w jego roli wystąpi mój stary Eiichi - tak dla informacji.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Caddy dnia Pią 13:07, 10 Sie 2012, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.simowehistorie.fora.pl Strona Główna -> Historie Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 16, 17, 18, 19, 20  Następny
Strona 17 z 20

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group

Theme xand created by spleen & Forum.
Regulamin